Nie widzę nic. No metra w przód nawet. Szastam cieniutkim strumieniem czołówki na lewo i prawo, ale to daremny trud – po prostu patrzę w dół i sprawdzam, czy pod stopami mam coś, co powinno być ścieżką – kamulce, szutr, błoto, kałuże. I biegnę dalej, bo co innego zostało. Dookoła rozlana świeżo gęsto mgła z lekkim opadem deszczu, wiatr i skromny kilkunastoosobowy pociąg świetlnych punkcików dookoła – mówię punkcików, bo choć chłopaki biegną tuż obok, to w tej szarej ciemności nie idzie dojrzeć nic poza światełkami. Jest 4:40 nad ranem. 40 minut temu grubo ponad 400 osób ruszyło w ciemną noc polatać po górach. Żegnał ich uśpiony Szczyrk, chłód i chwiejące się niedobitki imprez weselnych. Pośród tej grupy amatorów dość specyficznej zabawy byłem i ja, obierając dystans BUT 90 – piękną, liczącą 97 kilometrów pętle po najwyższych pagórach Beskidu Śląskiego.

Ultramaraton to przygoda

Trzymając się słownikowej, ogólno przyjętej definicji biegiem ultra, albo dystansem ultra jest wszystko to, co powyżej maratonu, a więc 42,195 km. W praktyce oznacza to całe spektrum bardzo różnych imprez – od szybkich, płaskich 50 kilometrowych biegów po ulicach, po… no właśnie, tu górnego limitu nie ma. Są imprezy – jak na przykład najdłuższy dystans Beskidy Ultra Trail wynoszący 305 km, który jest katorżniczym wyzwaniem (w tym roku tylko 5 osób ukończyło na około 40 startujących), po wyczyny jeszcze śmielsze – 400, 500 km, biegi 72h, 130h, 1000km, etc. Zasadniczo celem każdej z imprez, każdego dystansu jest jedno: 

linia mety.

Dla niewielkiej garstki uczestników liczy się wymiar sportowy – konkretny wynik czy miejsce. Ale dla większości – podobnie zresztą jak w biegach ulicznych – filozofia jest prosta: sprawdzić się, podjąć wyzwanie, ukończyć.

Mgła, która ogarnęła nas na Klimczoku z każdym metrem w dół powoli się rozrzedza – szczęśliwie uczepiła się tylko szczytów, w dolinach zostawiając pogodną noc. I dobrze, bo nocą biegi ultra to migotający spektakl świateł. Gdy zbiegam z Szyndzielni widzę za sobą łańcuch czołówek, a przed sobą rozlane morze świateł ulicznych Bielska Białej. Zaś za horyzontem złoty moment każdego długiego biegu – czyli powoli rozjaśniający się horyzont przed wschodem słońca. Ależ, cholera jasna, pięknie! Popatrzyłbym dłużej, ale za moment trasa wypłascza się, zawija pod Cyberniok – upierdliwą małą górkę tuż obok Wapiennicy. Za moment będzie już w pełni jasno – jest prawie 7 rano.

Błądząc we mgle na Klimczoku – fot. Jacek Deneka/Ultralovers

W biegach ultra – i szerzej, w imprezach ultra, bo startuję też w rajdach przygodowych – jestem od 2006 roku. To zresztą stąd na bazie inspiracji zakiełkowały mi w głowie długie wyprawowy rowerowe i wielodniowe trekkingi. Ultra to dla mnie solidny kawał bardzo skondensowanej przygody, łączącej aspekt fizycznego wyzwania, eksploracji nowych miejsc – przede wszystkim gór – z elementem sportowym. Góry, natura, przyroda są tym najważniejszym elementem układanki – tak jak uwielbiam męczyć się w dzikich i pięknych okolicznościach krajobrazowych podczas wyprawy rowerowej, tak i tu – w szybszej i dynamiczniejszej formie przeżywam podobne emocje.

Najpierw standardową, ostro nachyloną ścieżką po kamulcach, zaś za pierwszymi domostwami po betonowych płytach i na dnie doliny w końcu po asfalcie – zbieg kończy się w Brennej. A jak Brenna, to na liczniku już 34 kilometry. Na punkcie odżywczym łapię herbatę, garść daktyli i znowu pod górę. Czuję się świetnie – nogi już rzecz jasna nie są pierwszej świeżości, ale to nieistotne, bo lecę lekko, spokojnie, świadomie trzymając lejce i hamując się. Gdy obracam się za plecy widzę Błatnią – o, stamtąd gdzieś przybiegłem. Widoczek taki sobie – po chwili czepiec chmur przygniata wierzchołki i dookoła znowu jest szaro.

Ultramaratony i mikroprzygody

W jednym z wcześniejszych wpisów Kasia dzieliła się przemyśleniami o “życiu po wyprawie” – że przesiadka do rutyny życia wyznaczonej pewną przewidywalną powtarzalnością bywa ciężka. Ja dodam, że bywa bardzo ciężka i w zasadzie choć nie narzekamy na brak kolorytu i przygód, to wielomiesięczne wyprawy rowerowe zawsze będą czymś w innej skali. Dlatego tak mocno jara nas koncepcja mikroprzygód – krótkich, kilkugodzinnych lub maks kilkudniowych wycieczek, wyryp, trekkingów w górach czy zwykłego wyjazdu pod namiot za miasto. Wśród nich ultramaratony zajmują specjalne miejsce – głównie ze względu na swój kontekst. Sam bieg nigdy nie jest bowiem pojedynczym wydarzeniem – zazwyczaj jest kulminacją kilku miesięcy treningów, rosnącej ekscytacji. Fakt, że już na miesiąc przed biegiem niemal codziennie zaglądasz na stronę biegu, a zaraz po tym sprawdzasz prognozę pogody (tylko po co? skoro te długoterminowe nie mają żadnego sensu), rozpisujesz listę sprzętu. Co będziesz jadł? Co pójdzie do plecaka? To jak, lecieć na krótko, czy w długich rajtuzach? Taki bieg się przeżywa po wielokroć.

Salmopol. Jasny gwint, jak zimno. Na przełęczy hula wiatr, więc komplementuję wolontariuszy po dwakroć – raz, że im się chce marznąć na punkcie odżywczym w tak paskudny dzień, dwa – bo mają bulion. Wrzący, mocny, dobrze doprawiony bulion. Biorę w rękę kubek i lecę dalej. Półtorej godziny później jestem na Baraniej Górze – po Klimczoku, Szyndzielni i Błatniej to czwarta odhaczona na tym biegu ikona Beskidu Śląskiego. Przed szczytem niebo się rozjaśnia, łapię trochę słońca i rozkoszuje się widokami na wschód, bo gdzieś tam widać zielone piramidy Pilska i Babiej. Barania wyznacza 56 kilometr trasy. Dla głowy to znak, że już bliżej, niż dalej, ale rozum swoje wie – będzie już tylko ciężej.

Beskidy Ultra Trail były pierwszym biegiem ultra po powrocie z wyprawy rowerowej z Australii do Polski. Dla zoobrazowania perspektywy – przez 15 miesięcy ani razu nie biegałem. Tylko rower. Powrót do reżimu treningowego był dość bolesnym doświadczeniem – dwa razy plany pokrzyżowały mi kontuzje, zaś wejście na mocniejsze obroty trwało cholernie długo. Dopiero na wiosnę tego roku udało się solidnie przewietrzyć – na Półmaratonie Marzanny w Krakowie zrobiłem nową życiówkę (1:22), by później w kwietniu zejść poniżej trzech godzin w Orlen Maratonie w Warszawie (2:54). Później znowu wpadła kontuzja i na jesień przypadł długo wyczekiwany BUT.

Zbieg z Baraniej do Węgierskiej Górki to mocna próba charakteru – 14 km ciągłego klepania po szutrze i asfalcie. Stopy mocno obrywają. Ależ się ta stokówa dłuży! Po nieco ponad godzinie jestem na punkcie odżywczym. Nowe żele, ziemniak z solą (złoto!), herbata i już mnie nie ma. Do mety dwa długie podbiegi, bardzo długie. Ten pierwszy – na Magurkę Radziechowską – robię umyślnie wolniej, niż mogę. Jestem po trzech mocnych skurczach w udach i już bez ampułek z magnezem. Wczuwam się w coraz bardziej obolałe nogi i obiecuję sobie, że na zbiegu pójdę luźniej, szybciej. Tak się dzieje – zbieg do Ostrego, ostatniego punktu odżywczego przed podejściem na Skrzyczne robię w pełnym gazie. Ale później następuje ściana. Dosłownie, ściana. “Największa kiepa w Beskidach” – jak to określił organizator, czyli podejście na Skrzyczne niebieskim szlakiem. 4 km w poziomie i 700 metrów do góry. Ależ sapańsko – szoruję nosem po ziemi, przeklinam na boki, morduję się i szarpię, ale to daremny trud bo podchodzę w tempie turysty, który obok mnie maszeruje na górę z 60 litrowym plecakiem. I skórzanym trekami, i trzema litrami wody. I idzie tak luźno. To mnie chyba mocno irytuje i podskórnie motywuje, bo końcówkę – jak już w końcu pojawia się igielnica wieży na szczycie – podbiegam. No dobra, to nie był taki pełny podbieg – po kilku minutach zmógł mnie skurcz w łydce i udzie. Kuśtykam obolały. Na szczycie wbiegam do schroniska i pytam, czy mają magnez – trafia się jakaś multiwitamina, wypijam duszkiem, płacę i wybiegam. W dół, byle w dół. Ale to Skrzyczne – w każdą stronę ostro w dół. Gdzieś tam się cieszę, że największe trudności za mną, ale wiem też, że Michał Kołodziejczyk (organizator BUT’a) zaplanował jeszcze jeden krótki pokręcony fragment poza szlakami. Upierdliwy taki – z jedną ścianką, gdzie trasa biegła sarnią ścieżką, z pięknymi leśnymi singlami i w końcu z szerokimi szutrami, których no po prostu nie można było nie biec. I tak się dłuży ten fragment, no dłuży, za każdym zakrętem wyczekuję ostatniego zbiegu na deptak do Skrzycznego.

I w końcu jest. Meta. Po 13 godzinach z hakiem wbiegam jako szósty na metę. Mega radocha. Naprawdę dzika radocha. Zamykam kapitalną pętlę i… idę spać.

Beskidy Ultra Trail:
Termin: Jesień, zazwyczaj ostatni weekend września (w 2018 28-30 września)
Trasy: tych jest sporo – 10km, 20km, 40km, 60km, 90km, 130km, 305km
Strona imprezy: beskidyultratrail.com
Wyniki edycji 2018: Time Sport
Obok – dla lubiących cyferki i ślady gps’owe – zapis z zegarka całego biegu.

 

 

Foty w artykule – Jacek Deneka/UltraloversKarolina Krawczyk

gplus-profile-picture

Andrzej Brandt

Pasjonat żelek z Lidla i czipsów o smaku zielonej cebulki. Na Instagramie wrzuca codziennie jedną fotę z podróży.

Dodaj komentarz