Kiedy myślę o majówce idealnej, myślę o lesie i zielonej polanie. O rechocie żab, bąblach po pierwszych ugryzieniach komarów i czerwonej, spalonej od słońca skórze. Myślę o bzie, kwitnących jabłoniach i żółtych polach rzepaku. O zapachu ogniska i o lodach, które topią się zanim zdążymy je zjeść. O czekoladzie zjadanej na tabliczki, bez żadnego tam bawienia się w kostki, czy nawet paski. Mam w głowie sielskie obrazy, wylegiwanie się na trawie i gapienie w niebo. I tak się w tym roku złożyło, że majówka zaserwowała nam to wszystko. No, może poza słodkim nieróbstwem, bo codzienne kręcenie 120 kilometrów na rowerze, to wcale taka łatwa sprawa nie była – szczególnie po zimowym lenistwie i spadku formy.

Nieodkryty wschód

Nie wiem, kiedy dokładnie wpadliśmy na pomysł przejechania wzdłuż wschodniej granicy kraju. Dużo rozmawialiśmy o tym, że tej Polski nie znamy (na dobrą sprawę, to całą Polskę znamy tak sobie), i że najwyższy czas, by po wojażach na drugi koniec świata, powłóczyć się trochę lokalnie. A skoro na wschód, to czemu nie od południa na północ? I tak powstał plan trasy Sanok – Suwałki. Docelowo chcieliśmy się trzymać blisko granicy, i w zasadzie, z kilkoma wyjątkami, nam się to udało. Byliśmy też ciekawi rowerowej trasy Green Velo, która miała ożywić turystyczny potencjał regionu, spychanego od lat na margines Polski B.

Muszę przyznać, że mieliśmy naprawdę masę frajdy z tej wycieczki, a majówka wskakuje do top 3 naszych tegorocznych wyjazdów. Po pierwsze – trafiła nam się pogoda jak marzenie! W ogóle to co się działo w tym roku w Polsce (lato trwające sześć miesięcy) z jednej strony cieszy – wiadomo, ale z drugiej mocno niepokoi, patrząc na zmiany klimatyczne na Ziemi. Planowanie majówki w Polsce zawsze wiąże się ze sporym ryzykiem, że będzie szaro, deszczowo, a wieczory trzeba będzie spędzać w rękawiczkach. W tym roku wiosna wybuchła szybko, gwałtownie i z pełnym impetem przemieniła się w lato. Przez całe osiem dni, poza jednym deszczowym epizodem, niebo było bezchmurne, a temperatura nie spadała poniżej dwudziestu stopni w ciągu dnia. Cuda na kiju, panie. Poza tym, to był nasz pierwszy dłuższy rowerowy wypad od powrotu z podróży z Australii. I choć kilkudniowy wyjazd nijak się ma do piętnastomiesięcznej wyprawy (no nie oszukujmy się, taka prawda), to jednak dzienna rutyna wyjazdów rowerowych, i patrzenie na świat z perspektywy siodełka, się nie zmieniają. To ta sama radość i te same emocje – niezależnie, czy w Pamirze, czy pod sklepem “Ramzes”, z wielkim posągiem faraona przy wejściu, w miejscowości Wielkie Oczy (tak było, nie zmyślam).

Cała trasa zajęła nam osiem dni, podczas których przejechaliśmy rowerem ok. 920 kilometrów. A że droga wiodła przez trzy województwa, na trzy części postanowiliśmy podzielić nasz majówkowy wpis na blogu. Na początek podkarpackie.

Podkarpacie to nie tylko Bieszczady

My naszą podróż zaczęliśmy od Pogórza Przemyskiego, i tylko tam mogliśmy się trochę zmęczyć na podjazdach. Nic ekstremalnego oczywiście, ledwie kilkusetmetrowe przewyższenia, jednak biorąc pod uwagę płaskie kilometry, które nas czekały przez następne kilka dni, dobrze było poczuć w płucach ogień choć na chwilę. Już pierwszego dnia skręciliśmy na szlak dawnych wsi polskiego pogranicza – mijając m.in. osady Łomna, Trójca i Krajna. Dziś o ich istnieniu informują tylko tablice turystyczne. Ludność wysiedlono w pierwszej połowie ubiegłego wieku, zabudowy już nie ma, cerkwie zniszczono, a o dawnych wsiach przypominają tylko stare drzewa owocowe i zarośnięte, zniszczone cmentarze.

Kierując się w stronę Przemyśla przejechaliśmy przez Kalwarię Pacławską, zatrzymując się na lody przy kramach z dewocjonaliami i odpustowym badziewiem na wprost kościoła (czy ktoś mi wytłumaczy, czemu te zabawki są tak koszmarnie brzydkie?), a rozbiliśmy się kilkanaście kilometrów dalej – w polach rzepaku. A że akurat we wsi poniżej było wesele, pierwszą noc przyszło nam spędzać przy piosenkach Zenona Martyniuka. Spaliśmy jak zabici.

Kolejny dzień to szybki dojazd do Przemyśla w delikatnym deszczu (i to był jedyny deszczowy moment podczas tej wycieczki), jeszcze po pagórkach, ale już za miastem teren się wypłaszczył i praktycznie do samej mety w Suwałkach zaliczaliśmy już zaledwie niewielkie “hopki”.

Żeby była jasność – mamy w podróży klarownie określone priorytety. Zdrowie i bezpieczeństwo to punkt numer jeden. Według punktu numer dwa, rowerzysta musi dobrze zjeść! Więc kiedy dzień wcześniej napotkany chłopak mówi: jak będziecie w Przemyślu, to idźcie koniecznie do Fiore. To najlepsza kawiarnia w mieście, bierzemy sobie jego rady do serca i czekamy przed drzwiami dwie godziny na otwarcie lokalu. Było warto! Tarta z mascarpone, malinami, bitą śmietaną i wielki puchar lodów jako pełnowartościowe śniadanie? Tak trzeba żyć.

Wschód Polski to oczywiście drewniana zabudowa cerkiewna. My na naszej trasie minęliśmy ich przynajmniej kilkanaście. Na Szlaku Architektury Drewnianej na Podkarpaciu (który liczy ponad 1202 km) takich cerkwi jest najwięcej, kilka z nich zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Cerkiew Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy w Chotyńcu została zbudowana w 1615 roku. Po wysiedleniach w 1947 została zamknięta i przekazana kościołowi rzymskokatolickiemu, a w 1990 ponownie “wróciła” do grekokatolików.

Cerkiew Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w maleńkiej wsi Wólka Żmijowska. Zbudowana w końcu XIX wieku, od wysiedleń w 1947 roku, opuszczona i nieużytkowana. Fragment ikonostasu znajduje się w Muzeum Kresów w Lubaczowie.

Cerkiew św. Paraskewy to centralny element zespołu cerkiewnego w Radrużu. Zbudowana pod koniec XVI wieku zachwyca nie tylko architekturą, ale także cennym wnętrzem – m.in. ikonostasem i polichromią ścienną z XVII wieku.

Green Velo – rowerowy szlak na miarę naszych możliwości

To jak to jest z tym Green Velo – zachwyca czy nie zachwyca? Niech Was nie zwiedzie tytuł, uważam, że Green Velo to kawał naprawdę solidnej roboty! I dzięki ci, Unio, za władowanie w ten projekt setek milionów. Można narzekać, że część szlaku wiedzie ruchliwymi drogami, że trasa poprowadzona bez polotu, że można to było zrobić lepiej. Ale narzekać można w zasadzie na wszystko, a my, Polacy, tę umiejętność opanowaliśmy do perfekcji. Dlatego ja nie będę się skupiać na niedoskonałościach, za to napiszę o zaletach i korzyściach, jakie niesie za sobą taki długodystansowy szlak rowerowy.

Na początek trochę liczb – Green Velo to szlak prowadzący przez pięć województw i liczący prawie 2000 kilometrów. Zaczyna się w Kielcach, w Sandomierzu odbija na południe i zatacza pętelkę przez Rzeszów, Przemyśl, aż do Zamościa (choć do samego miasta akurat nie dosięga), i potem ciągnie się na północ, w bliskości granicy aż do Suwałk i potem Elbląga, gdzie się kończy. W założeniu miała to być trasa rodzinna, a więc prowadzona przez łatwo przejezdne, bezpieczne drogi. I super! Jak ktoś szuka bardziej ekstremalnych doznań, to zawsze znajdzie alternatywę. Według mnie, to genialnie, że powstała na wschodzie trasa, która popularyzuje turystykę rowerową i pokazuje, że nie musi to być rozrywka dla bandy szaleńców. I tak jak cieszy mnie każdy nowy kilometr drogi rowerowej w Krakowie, tak samo cieszy mnie ta inicjatywa. Cała infrastruktura narosła wokół tego przedsięwzięcia też nie pozostawia wiele do życzenia – co kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów MOR-y, czyli Miejsca Obsługi Rowerzystów, z tablicami informacyjnymi, mapkami, wiatami, stołami z ławami, a czasami narzędziami rowerowymi.

Żeby nie było – jestem świadoma wad i słabości tego projektu. Nie zmienia to faktu, że daję Green Velo Przygodnikowy Znak Jakości (copyrighty moje) i trzymam kciuki za kolejne tego typu inicjatywy w Polsce.

Polska prowincja oczami laika

Urodziłam się i wychowałam w Krakowie, ale jako dzieciak wszystkie wakacje spędzałam na wsi. I pamiętam wieś z tych dwumiesięcznych, letnich pobytów – grę na akordeonie, rozmowy do nocy, kąpiel w zimnej rzece, i potem żniwa, które kojarzyły się z nieuchronnym końcem wakacji i powrotem do szkoły. Nie widziałam wtedy biedy, zniszczonych domów, dziurawych płotów i dziesiątek butelek po tanim piwie na ławce pod wiejskim sklepikiem. Sama latałam w podkoszulce poplamionej wiśniami zrywanymi prosto z drzewa, z nogami upstrzonymi bąblami od ukąszeń komarów i przekonaniem, że coś takiego jak pieniądze, nierówności ekonomiczne, czy utrudniony dostęp do edukacji po prostu nie istnieją. I choć od tego czasu minęło wiele lat, wrażliwość na dużo rzeczy się wyostrzyła, a świadomość różnic społecznych wzrosła, to muszę przyznać, że o polskiej prowincji w dalszym ciągu nie wiem nic.

Są dwa główne sposoby opisywania polskiej wsi, i żaden z nich mi tak do końca nie pasuje. Z jednej strony to Stasiukowa poetyckość, albo realizm magiczny Jana Jakuba Kolskiego, a z drugiej wykpiwany obraz wiejskiego pijaczka czekającego sobotniej potańcówki w remizie. Oba ujęcia to rzeczywistość ukazana w krzywym zwierciadle, przekłamana. Zgaduję, że prawda leży pewnie gdzieś pośrodku. Nie ma jednego słusznego obrazu wsi, tak jak nie ma jednego obrazu Polski. Jest wiele Polsk, a ja sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Bo przecież wieś też się zmienia. Rolnicy się bogacą, infrastruktura modernizuje, zmienia się też struktura demograficzna – na prowincję przeprowadzają się dostatnie rodziny zmęczone życiem w betonowym ścisku miasta i niejednokrotnie przenosząc miejskie wzorce zachowań, robią sporo zamieszania w tradycyjnym środowisku.

Jednak jadąc przez te maleńkie przygraniczne wioski, w których rolę centrum kultury pełni przystanek autobusowy (zresztą transport publiczny jest już tylko wspomnieniem), a sama wieś liczy zaledwie kilkanaście domostw, nie mogłam pozbyć się w głowie pytań: Gdzie ci ludzie pracują? Jak spędzają wolny czas? Na jakie rozrywki mogą sobie pozwolić? Jakie perspektywy ma tu młodzież? Jak wygląda ich codzienność? To pytania zadawane z empatią i szczerą ciekawością, na które jednak do dziś nie znalazłam odpowiedzi.

***

“Polska na okrągło” to nowy cykl, jaki wymyśliliśmy sobie na Przygodniku, a majówkowa wycieczka wzdłuż wschodniej granicy ten cykl otwiera. W jego ramach będziemy opisywać rowerowe podróże po Polsce. Tylko rowerem i tylko po Polsce. Na przyszły rok mamy zaplanowanych kilka tras – tych popularnych i tych autorskich, stworzonych przez nas. Będzie fajnie, stay tuned.

gplus-profile-picture

Kasia Gądek

Gdybym mogła, zamieszkałabym w kinie. A że nie mogę, to mieszkam w namiocie. Też jest fajnie.A poza tym mam profil na Instagramie, choć nie lubię hashtagów.

One Comment

  • gplus-profile-picture Kasia Gądek napisał(a):

    A tak w ogóle, to podzielcie się swoimi wrażeniami z Green Velo. Jechaliście? Macie w planach? A może macie jakieś super miejscówki na Podkarpaciu, które powinniśmy odwiedzić następnym razem? Dajcie znac!

Dodaj komentarz