Co to jest bad timing? Bad timing jest wtedy, kiedy kupujesz bilety lotnicze do Maroka na kilka dni przed tym, jak Ryanair uruchamia bezpośrednie połączenie z Krakowa do Marrakeszu. Tańsze pięciokrotnie niż bilet, za który już zapłaciłeś.

Tak właśnie zaczęła się nasza krótka przygoda z Marokiem. Dosyć pechowo, muszę przyznać. Bo to już nie chodzi nawet o to, że słono przepłaciliśmy. Ale, na domiar złego, lot mieliśmy z Warszawy. I to jeszcze z Modlina, do którego dostanie się późnym wieczorem z Krakowa było niezłą ekwilibrystyką. Co ciekawsze – lot przesiadkowy. A co najciekawsze, na przesiadkę w Londynie (w pierwszą stronę) i Menningen ( z powrotem) mieliśmy nieco ponad godzinę. No i na kilka dni przed startem naszła nas konstatacja, że nie ma szans – nie zdążymy odebrać bagażu rejestrowanego i ponownie go odprawić w godzinę, tym bardziej, że Ryanair borykał się (i nadal boryka) ze sporymi opóźnieniami lotów. Pamiętacie ubiegłoroczną głośną akcję z odwoływaniem lotów? No właśnie. Zdecydowaliśmy się zabrać tylko bagaż podręczny, co oznacza, że nie zmieścił nam się ani namiot, ani karimaty, ani sporo innych rzeczy, które planowaliśmy spakować. A przecież mieliśmy spędzić ponad tydzień na trekkingu w górach!

Spojler: uratował nas Decathlon w Marrakeszu.

I wiecie co? Decyzja o zabraniu wyłącznie bagażu podręcznego okazała się jedyną słuszną, bo pierwszy lot opóźnił się prawie czterdzieści minut, czyli na przesiadkę w Londynie mieliśmy nieco ponad kwadrans. Lecieliśmy do bramek na złamanie karku, ale zdążyliśmy. Więc kiedy udało nam się wylądować na lotnisku w Marrakeszu, uznaliśmy to za swój pierwszy sukces.

Dlaczego Maroko?

Zajęło nam kilka dobrych miesięcy od powrotu z naszej rowerowej wyprawy, zanim wybraliśmy się w pierwszą dłuższą wycieczkę. Padło na Maroko – choć decyzję o kierunku podjęliśmy dużo wcześniej. A w myśl zasady, że swoje urodziny będziemy spędzać w podróży – szczególnie te “graniczne” (Andrzej miał trzydziestkę) – zdecydowaliśmy się na drugą połowę listopada. Dlaczego Maroko? No cóż, ciągnęło nas tam od dawna. Atlas, klimat, kultura arabska, której nieustannie jesteśmy ciekawi. Do Maroka pojechaliśmy w góry – to był główny cel naszej wizyty i gwóźdź programu. I choć spędziliśmy tam prawie 80% naszego pobytu, to udało nam się odwiedzić dwa miasta – Marrakesz i Fez, czyli miejsca naszego przylotu i wylotu. Ci z Was, którzy czytają Przygodnik od dłuższego czasu pewnie zauważyli, że my raczej nie jesteśmy “miastowi”. Owszem, citybreaki potrafią nieźle naładować akumulatory wyczerpane cotygodniową rutyną, jednak kiedy idzie o dłuższą podróż, to zawsze wybieramy łono przyrody. Ale miasta, do których się dobija po wielu dniach wędrówki lub jazdy na rowerze, zawsze “smakują” inaczej. Jak oaza. Z łóżkiem, prysznicem i jedzeniem innym niż ryż z sosem z puszki. A miasta w Maroku, przynajmniej te dwa, w których byliśmy, mają swój genialny klimat – trzeba im to oddać.

Minaret meczetu Kutubijja w Marrakeszu

Palmy, błękitne niebo i minarety – tak przywitał nas Marrakesz

Minaret meczetu Kutubijja

Minaret meczetu Kutubijja to świetny punkt orientacyjny w marrakeskiej medynie.

Marrakesz – czerwone miasto

Wyjeżdżanie na urlop w końcówce roku ma ten niepodważalny plus, że można z dużą pewnością przyjąć, że w listopadowej Polsce jest raczej buro i źle. A w Maroku (do którego notabene nie odważyłabym się jechać w lipcu i sierpniu, kiedy temperatury sięgają 40 stopni), było komfortowe 25 i mnóstwo słońca. Warunki idealne.

A jednak mam z tym miastem problem. Jakoś mnie osaczyło, zmęczyło. Wydawało mi się, że po prawie miesiącu na Thamelu w Kathmandu, pobycie w Delhi, czy Teheranie, żaden tłum na ulicach już nie będzie mi straszny. Ale w Marrakaeszu czułam się jak w ulu. Nie wiem czemu, ale jakoś mnie przygniótł ten gęsty ludzki rój na ulicach, szczególnie popołudniami. Oczywiście antidotum jest całkiem proste – spaceruj rano, albo uciekaj poza ścisłe centrum. 

Równocześnie jest w tym mieście coś, co przyciąga. Przyciąga od dawna – w latach siedemdziesiątych przybywało tu przecież tysiące hippisów skuszonych egzotyką i łatwo dostępnymi narkotykami. Może to ten klimat? Może zapach orientu? Marrakesz pachnie obłędnie – mieszanina przypraw i kadzideł osiadła mi na nozdrzach tak mocno, że mam wrażenie, czuję ją do dziś.

Marrakesz wygląda tak, jakby całe miasto – sklepy, domy i chodniki pokryte były rdzawoczerowną farbą – nadając mu niemal monochromatyczną barwę, jak na starej, ręcznie kolorowanej fotografii. Każdy, dosłownie każdy budynek jest różowo-czerwony. Spójność architektoniczna, której można pozazdrościć, choć malkontenci mogą powedzieć, że nuda. A mi się przypominał trochę Kashgar i od razu robiło się cieplej na sercu.

Ten wpis będzie raczej zdjęciowy, bo też nie będę się silić na opisywanie historii, które się nie wydarzyły. W Marrakeszu spędziliśmy zaledwie dwa dni, z czego połowę jednego na zakupach w Decathlonie (namiot za 30 euro, karimaty za piątkę od głowy – żyć, nie umierać) i Auchanie (ryż, ryż, ryż, sosy z puszki i za droga czekolada).

Oczywiście jak Marrakesz, to na pierwszym miejscu plac Dżamaa el Fna – czyli miejsce, które po zmroku gęsto pokrywa się straganami z jedzeniem, pamiątkami, ulicznymi nagabywaczami (photo with monkey, sir?), kuglarzami i zaklinaczami węży; kawiarnie ożywają, i nawet poza sezonem ciężko dorwać w nich wolny stolik.  To największy plac w marrakaskiej medynie i bez wątpienia największa atrakcja turystyczna w mieście, wpisana (wraz z całym zabytkowym centrum Marrakeszu) w 2001 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Medyna, czyli stara dzielnica w arabskich miastach, jak klamra spina wszystkie najważniejsze zabytki miasta. Jest otoczona murami obronnymi o długości ok. 16 km, więc w zasadzie wcale nie trzeba się nachodzić, żeby zobaczyć to, co najciekawsze.

Ja wiem, że jest mnóstwo wpisów-przewodników po Marrakeszu: 10 miejsc, w których musisz to, 5 miejsc, w których musisz tamto itd. Samej mi się nie chce takich wyliczanek ani odhaczać, ani tym bardziej pisać (choć przecież wiem, że takie teksty się dobrze pozycjonują, nie mam złudzeń), więc miasto zwiedzaliśmy po swojemu – większość czasu spędzając na włóczędze i jedzeniu. I piciu herbaty! O tak, herbata podbiła nasze serca. Gorąca, słodka i miętowa. W maleńkim dzbanku i jeszcze mniejszych szklaneczkach.

Mięta na targu w Maroku

Najlepiej pachnące stragany to te z miętą, a marokańska miętowa herbata podbiła nasze serca.

Co jeszcze? Byliśmy w suku, bo przecież arabskie targi to klasyka. To też miejsce spotkań, wymiany plotek i posiadówek przy herbacie. Można tu kupić prawie wszystko – od słynnych na cały świat skórzanych wyrobów, przez ceramikę, naczynia, wystrój domu, po elektronikę. To też centrum drobnego rzemiosła. My uwielbiamy bazary, bo to miasto w wersji kompaktowej, choć poruszanie się w nim ( i nie zgubienie siebie lub partnera) to prawdziwa sztuka. 

My na marrakeskim bazarze nic nie kupiliśmy, bo nie chcieliśmy sobie dociążać plecaków przed wyruszeniem w góry, jednak muszę przyznać, że kilka rzeczy chętnie bym zabrała ze sobą do Polski. Przyprawy, oleje arganowe, gliniane naczynie do tażinu, mały imbryk do herbaty, i pewnie wiele innych skarbów. Oczywiście, jak ktoś nie umie się handlować, lub nie jest świadomy, że pierwsza cena rzucona przez sprzedawcę jest celowo zawyżona, to zapłaci za dużo, nawet za jakiś badziew (inna kwestia, że wielu zachodnich turystów zdaje się tym nie przejmować).

Meczet i medresa Alego ibn Jusufa to największe i najstarsze budowle tego typu w Marrakeszu. Do meczetu niemuzułmanom wchodzić nie wolno, za to w medresie cyknęliśmy trochę fotek i całkiem nam się podobało. 

Zrobiliśmy jeszcze kilka długich spacerów ciasnymi uliczkami medyny. Pojedliśmy i popiliśmy. I w zasadzie tyle – zebraliśmy manatki i pojechaliśmy w góry. I było nieziemsko, ale o tym w innych wpisach. Za to na ogrody Majorelle poskąpiliśmy grosza i trochę nas odstraszyła kolejka, ale teraz, po prawie roku i kilku żywiołowych głosach tych, którym się chciało czekać, żałuję. Do nadrobienia!

Welcome to Fez

W Antyatlasie i Atlasie Wysokim spędziliśmy w sumie osiem dni. Zeszliśmy z gór, wzięliśmy busika, potem taksówkę, daliśmy się naciągnąć (chyba nigdy się tego nie nauczymy), dojechaliśmy do Marrakeszu, gdzie złapaliśmy nocny autobus do Fezu, skąd mieliśmy lot powrotny. I na drugie miasto podczas naszej marokańskiej przygody mieliśmy znowu tylko dwa dni. I znowu wystarczyło.  

Koty w Maroku

Koty, trochę jak w Stambule, są wszędzie.


Fezu wyczekiwaliśmy dosyć mocno, bo w górach żywiliśmy się prawie wyłącznie samym ryżem, trochę licząc wcześniej na większą dostępność sklepów. A tam ani sklepów nie było, ani nawet ludzi nie spotykaliśmy prawie wcale. Więc jedliśmy to, co mieliśmy, a nie było tego za dużo. No i osiem dni bez konkretnego mycia powoduje dyskomfort nawet u takich twardzieli jak my:). Fez przywitaliśmy więc brudni i wygłodniali, i od razu po wyjściu z autobusu sprinterskim tempem pobiegliśmy do kawiarenki na wypasione śniadanie. Z tym sprinterskim tempem to oczywiście przesadzam – stopy mieliśmy poobdzierane i ledwo włóczyliśmy nogami, ale serca się rwały jak szalone. Po dużej porcji jajecznicy z francuskim pieczywem i kilku dolewkach herbaty, nasze życie znowu nabrało rumieńców. A po prysznicu, to już w ogóle!

Brama Bab Bu Dżelud

Przez bramę Bab Bu Dżelud wchodzi się do feskiej medyny

Jeśli Marrakesz jest czerwony, to Fez jest piaskowo-zielony. Spokojniejszy, bardziej stonowany, zupełnie inny niż Marrakesz. Sama nie wiem, gdzie mi się bardziej podobało, ale w Fezie na pewno jest bardziej, jakby to ująć, chilloutowo. Też jest tłoczno, też jest głośno, ale mam wrażenie, że ten tłum mnie mniej męczył. 

Chyba największe wrażenie zrobił na nas widok na miasto w świetle zachodzącego słońca. Dodam, że cały spektakl odbywał się przy akompaniamencie muezzinów nawołujących z minaretów, co tylko potęgowało efekt wow.

“Przyjaciół”, którzy chętnie oprowadzą cię po mieście jest w Maroku całkiem sporo. Za zapewnieniami, że for free, my friend, for free, niewiele stoi. Po wykonanej “usłudze”, często pomimo naszych protestów, że nie, dziękujemy, trafimy sami, przewodnik oczekuje zapłaty. Zazwyczaj się wtedy kłócimy, że na nic się nie umawialiśmy, i nie płacimy, co kończy się radykalną zmianą nastroju i inwektywami rzucanymi w naszą stronę (których najczęściej nie rozumiemy, więc nie bolą tak bardzo). Oczywiście nie jest to domena wyłącznie Maroka. Tak właśnie zostaliśmy zaprowadzeni do garbarni skór Chourwa, mimo tego, że sami doskonale wiedzieliśmy jak tam dojść (nawet pomimo labiryntu uliczek). I choć Andrzej narzekał, że światło mogłoby być lepsze, to widoczek niczego sobie.  

Miało strasznie śmierdzieć amoniakiem, ale doszedł nas tylko delikatny, trudny do rozpoznania, swąd.

Akurat w garbarni zabrakło mi obecności kogoś, kto by nam opowiedział o tym, co widzimy. Że są kadzie z amoniakiem, są kadzie kolorowe, w której barwi się skóry – i jakich barwników się w nich używa. Dlaczego skóry namacza się w krowim moczu? Powiedział, jak wygląda cały ten proces i ile on trwa. Fajne fotki na Instagrama to jedno, ale jednak dobrze by było też się czegoś na miejscu dowiedzieć. Póki co musi nam wystarczyć wiedza z książek i Wikipedii. Oczywiście można wynająć przewodnika, których na miejscu nie brakuje, tym bardziej, że Marokańczycy zbudowali całkiem dobrze prosperujący biznes wokół swoich garbarni. My po prostu byliśmy tam za wcześnie.

I na tym w zasadzie można zakończyć. Odwiedziliśmy jeszcze miejskie parki, jeden całkiem przyjemny i spory ogród, pogapiliśmy się na ludzi, trochę też przesiedzieliśmy w naszym riadzie (typ marokańskiego domu, którego całe wnętrze jest zbudowane wokół patio), trochę na feskich rooftopach. Teraz, kiedy kończę czytać szkic tego wpisu, myślę sobie, że może za mało zobaczyliśmy. Niby nie czuję niedosytu, ale wiem przecież, że liznęliśmy te miasta przez papierek. Kto wie, może tu jeszcze wrócimy.

***

A w ogóle to ciekawa jestem jednej rzeczy. Czy jak Wy podróżujecie po miastach, to wypełniacie sobie dni po brzegi zaliczaniem wszystkich zabytków, chodzicie z listą i kolejno odkreślacie, co już widzieliście i zapisujecie skrupulatnie, co jest jeszcze warte zobaczenia? Słowem, czy macie syndrom podróżniczego FOMO? Czy może przeciwnie – dajecie się porwać klimatowi miasta, i nieszczególnie Was interesuje, czy zdążycie wszystko zobaczyć, bo w ogólnym rozrachunku wcale nie o to w podróżowaniu chodzi? Napiszcie. Nie chodzi mi o to, żeby sobie podbijać komentarze – jestem ciekawa, serio.

 

gplus-profile-picture

Kasia Gądek

Gdybym mogła, zamieszkałabym w kinie. A że nie mogę, to mieszkam w namiocie. Też jest fajnie.A poza tym mam profil na Instagramie, choć nie lubię hashtagów.

Dodaj komentarz