Umarł dzień później. Tadeusz, ale dla mojej babci to zawsze był ukochany braciszek, Tadzik. Miał 13 lat, gruźlicę jelit i doświadczenie gehenny zesłania na północ Rosji, po której niemal samotnie przemierzył centralną część Związku Radzieckiego szukając swojej rodziny. Umarł w szpitalu w Teheranie po wielomiesięcznej chorobie. Był jednym z prawie 120 tysięcy polskich uchodźców, których przyjęli Irańczycy w 1942 roku.
Co roku zapalane są na grobie mojego brata znicze, a ja jestem tam myślami.
Wspomnienia Zofii Danuty Brandt
76 lat po śmierci Tadeusza stoimy z Kasią nad jego grobem w Teheranie. Cmentarz katolicki w dzielnicy Doulab otoczony jest szeregiem ciasnych, kilkupiętrowych zabudowań. Wąskie uliczki oplatają grube mury. W środku większość cmentarza stanowi część polska. Prawie dwa tysiące nagrobków. Piaskowe i granitowe płyty wypełniają szczelnie niemal całą przestrzeń. Są skromne, płaskie, pozbawione zbędnych ozdobników. Jest imię, nazwisko, data śmierci, data urodzin. Czasami tylko imię. Czasami po prostu NN. Dookoła cisza.
Moja babcia nigdy tu nie wróciła, nigdy później już nie miała szansy zapalić znicza na nagrobku swojego braciszka. Dlatego jesteśmy tu my. Dlatego wjazd do Iranu był dla nas, a szczególnie dla mnie tak ważny. Ale sam fakt odwiedzin to jedna sprawa. Druga sprawa to wyobraźnia. Jestem tu po to, by spróbować sobie to wyobrazić, powiązać fakty i ludzi z miejscami. Wyobrazić sobie moją babcię, Tadzika, ich mamę, gdy przybijają do portu w Bander Pahlawi nad Morzem Kaspijskim razem z ponad stu tysiącem Polaków po latach tułaczki przez Związek Radziecki. Wyobrazić reakcję Irańczyków, doświadczyć ich gościnności. Wyobrazić utratę. Wyobrazić doświadczenia tak bolesne, że ich uchwycenie jest niemal niemożliwe. A wyobraźnia musi się czegoś chwycić. Widzę miejsca, oglądam też zdjęcia. Nie jest ich wiele, ale mówią bardzo dużo.
Brzozy, olchy i dęby – raj Polesia
Delikatny uśmiech młodej, dwunastoletniej Danusi (w lewym rogu) mówi wszystko. To szczęśliwy moment w ich życiu. Starsi, zgodnie z ówczesnymi standardami zdjęć rodzinnych, pozują z poważnymi, surowymi twarzami. Ale młodych upilnować się nie da, więc Danusia się śmieje. Poleski raj, przepastne lasy, ciepłe lata, żyzna ziemia. Mama Danusi i Tadzika, Witolda, siedzi w kwiecistej sukni w centrum fotografii. Jest głową rodziny. To na niej spocznie walka o przetrwanie dzieci kilka miesięcy później. Ojciec dzieci, Hilary, pozuje dumnie w mundurze Wojska Polskiego. Podporucznik Hilary Frijaf to ważna osobistość na Polesiu. Za zasługi w pierwszej wojnie światowej i podczas wojny polsko – bolszewickiej otrzymał działkę niedaleko Drohiczyna. W samym Drohiczynie nadzorował działalność Banku Spółdzielczego. Mundur mojego pradziadka nie daje mi jednak na tym zdjęciu spokoju. Jest jak zły omen, zapowiada przyjście gorszych, złych czasów. Jest lato 1939 roku, gorący sierpień. Hilary Frijaf jest już zmobilizowany. Za moment opuści rodzinę. Jak się okaże, na zawsze.
Rozstanie, mróz i śnieg – czyli wojna
Jak wygląda pożegnanie ojca, który idzie na wojnę? Nie wiem, nie umiem sobie tego nawet wyobrazić. Czy Witolda, moja prababcia, płakała i rozpaczała? Czy może ze stalowymi nerwami uspokajała dzieci, że wszystko się dobrze skończy? Gdy wybucha wojna, moja babcia ma 12 lat, Tadzik – 10. Z dużymi emocjami, niekoniecznie z pełnym zrozumieniem sytuacji, wyczekują przeszywającego powietrze warkotu niemieckich bombowców.
Wtedy byliśmy dziećmi i chociaż pewnie baliśmy się, ale też pełni emocji przeżywaliśmy i nalot samolotów niemieckich bombardujących stację Drohiczyn i pożar olbrzymich stogów siana stojących przy niej, przygotowanych chyba dla wojska.
Gdy od wschodu na Polskę uderzają Sowieci, Danusia i Tadzik z ogródka oglądają przemarsz wojsk. Wszystko się zmienia. Strach staje się codziennością. Żołnierze walą w drzwi żądając najpierw jedzenia i siana dla wojsk, później wprost rabują dobytek. Danusia i Tadzik chowają się w ramionach mamy, ilekroć widzą zmierzających w stronę domu żołnierzy.
Szła zima, wieczory długie i ciemne napełniały mamę strachem, tym bardziej, że zaczęły krążyć wiadomości o napadach na osadników, pożarach, aresztowaniach. […] Mama cieszyła się, że nie ma tatusia, z pewnością zostałby aresztowany.
W środku mroźnej zimy przychodzi pocztówka od ojca. Jest w Rosji, w Starobielsku. W domu radość, że żyje, że nie jest wcale tak daleko. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział jaki los spotka ponad 21 tysięcy polskich oficerów i cywilów w Katyniu i Charkowie. Tymczasem w lutym 1940, późną nocą w drzwi walą miejscowi. „Sobirajties z wieszczami” oznajmiają i każą się pakować. W kilka godzin zabierają żywność, ciepłą odzież, pościel i opuszczają osadę. Radzieccy żołnierze upychają ich w wagonach. Jest przenikliwie zimno, wątłe piecyki na niewiele się zdają. Ściany wagonu od wewnątrz obrastają szronem. Przymarza do nich pościel. Jadą na północny wschód kilka tygodni.
Szkorbut, mróz i brak nadziei – zesłanie do tajgi
Kilka tygodni! Patrzę na fotografię z legitymacji szkolnej mojej babci. Skromna, delikatna dziewczyna. Dwanaście lat. Jak takie doświadczenie znosi dwunastolatka? Jak radzi sobie ich mama?
Po długiej i wyczerpującej podróży trafiają w okolice Archangielska. Daleka północ, portowe miasto nad Morzem Białym. W grudniu, styczniu i lutym temperatura nie wzrasta tu powyżej -15 stopni. Nocami regularnie spada do -25. Zostają zagonieni do roboty przy zrywce i obróbce drewna. Rządzący tym miejscem mówią jedno: do Polski już nie wrócicie, nie ma już Polski. Od ojca nie przychodzą już żadne pocztówki. Jest tylko praca. Ciężka tyra od świtu do zmierzchu. Mama Witolda brnie w głębokim śniegu razem z innym zesłańcami codziennie kilka kilometrów. Zdziera korę z drewna. Wraca cała oszroniona. Danusia stara się pomagać, czasami – jeżeli jest co włożyć do garnka – gotuje. Tadzik zostaje wysłany do rosyjskiej szkoły, a to urodzony bystrzacha. Szybko się tam odnajduje i daje sobie radę.
W kwietniu 1940 roku, gdy Tadzik, Danusia i mama Witolda pracują w rosyjskiej tajdze, w Charkowie NKWD rozstrzeliwuje strzałem w tył głowy mojego pradziadka, Hilarego Frijafa. Zostaje pochowany w zbiorowej mogile. Do końca wojny jego rodzina będzie wierzyć, że jednak żyje, że gdzieś jest. A pełnej prawdy o Zbrodni Katyńskiej moja babcia dowie się dopiero po 1989 roku.
Gdy Niemcy rozpoczynają wojnę ze Związkiem Radzieckim, racje żywnościowe dramatycznie się zmniejszają. Mama Tadzika i Danusi wyprzedaje większość ubrań i zabranego dobytku. Ale to i tak za mało. Dzieci zrywają w lecie jagody i grzyby. Szkorbut wśród zesłańców zbiera tragiczne żniwo.
Wagon, rozdzielenie i dramat – tułaczka przez Związek Radziecki
To zdjęcie oznacza koniec. Koniec wycieńczającej, dramatycznej, odzierającej z godności tułaczki. Koniec chorób, głodu i pragnienia. Teheran stał się dla ponad 120 tysięcy Polaków wybawieniem od wojny. Pośród nich moja babcia Danuta, Tadeusz i ich mama. Ale zanim tam dotarli, zanim postawili nogę na perskiej ziemi przeszli gehennę dramatycznej tułaczki przez Związek Radziecki.
Jest jesień 1941 roku. Na mocy porozumienia Sikorski – Majski władze radzieckie uwalniają zesłańców. Zaczyna się ucieczka z ZSRR, która potrwa ponad rok. Informacje o amnestii dodają Polakom nadziei. Ale najpierw rzeczy najważniejsze: trzeba zebrać jedzenie, zorganizować się, wynająć wagon i spróbować przenieść się na południe, do tworzonych sił Armii Andersa.
W wynajętym przez kilka rodzin wagonie towarowym jadą bardzo powoli na południe. Zdarzają się wielodniowe przestoje. Głód, mróz, choroby są codziennością. Po kilku tygodniach docierają do Kotłasu, niewielkiego miasta położonego około 500 kilometrów od Archangielska. Jest nieustanny problem z żywnością i wycieńczeniem, dlatego Danusia rusza razem z mamą do osady, prosić o ziemniaki i chleb. Gdy wracają po kilku godzinach, ich wagonu już nie ma. A razem z wagonem zniknął Tadzik. W samym środku Związku Radzieckiego dwunastoletni Tadeusz musi zacząć radzić sobie sam.
Mamę ogarnęła rozpacz. Jej syn został sam bez jedzenia i opieki, wśród obcych ludzi, przemierzając kraj ogarnięty wojną. Przerażone rozpoczęłyśmy pogoń za „naszym” wagonem. Wiedziałyśmy o nim tylko tyle, że prawdopodobnie jedzie na południe.
Kilka dni później, w szaleńczej pogoni za wagonem z Tadzikiem, Danusia rozłącza się z mamą. Moja babcia dołącza do wojskowego wagonu sanitarnego, ale jej mamie już wsiąść nie pozwalają.
W ten sposób byliśmy już wszyscy rozdzieleni. Wyobrażam sobie rozpacz mojej matki, kiedy każde dziecko samo tułało się po ogromnym kraju a Ona nic nie mogła zrobić, żeby je ratować.
Moja babcia mówi o tym w kategoriach cudu. I rzeczywiście trudno to opisać inaczej. Przeszło trzy tysiące kilometrów dalej, w uzbeckim Taszkiencie Danusia spotyka mamę.
Razem jadą do kirgizkiego Dżalal Abadu, w okolicy stacjonuje bowiem Wojsko Polskie, które bierze rodzinę w opiekę. Po miesiącu rodzina jest znowu w komplecie – na stację kolejową w Dżalal Abadzie wjeżdża „ich” wagon. A w nim – Tadzik. Chodź trafniej byłoby powiedzieć – cień Tadzika. Schorowany, wychudły, żył tylko z tego, co oddali mu inni ludzie. Zachorował na dezynterię, czyli krwawą biegunkę. Miał wszy i był w bardzo złym stanie. Mama próbuje leczyć synka, ale pod ręką nie ma ani lekarza, ani żadnych medykamentów. Słabnącemu w oczach Tadzikowi udaje się jedynie podać zsiadłe mleko.
Miesiąc później rodzina wraz z armią Andersa trafia do Krasnowodska (obecnie Turkmenbasza w Turkmenistanie), skąd wsiadają na statek do Iranu. W Iranie Tadzik szybko trafia do szpitala polowego. Niestety choroba jest już mocno zaawansowana. Dezynteria rozwinęła się w gruźlicę jelit, wtedy nieuleczalną.
Z bratem było coraz gorzej. Cierpiał i nikł w oczach. Odwiedzałyśmy go z Mamą codziennie, ale przyszedł taki dzień pod koniec maja, że w czasie kolejnych odwiedzin, Mamusia widząc, że syn słabnie w oczach, nie potrafiąc ukryć rozpaczy, wyszła z namiotu. W tym czasie Tadzik płacząc wypowiedział do mnie słowa: „Wy sobie pójdziecie, a ja tu umrę”.
Tadzik zmarł 30 maja 1942 roku. Jak wielu rodaków, do Polski nigdy nie wrócił.
Stojąc nad jego grobem myślę o Irańczykach. Opiekun cmentarza, Hamid, częstuje nas herbatą. W Iranie to jest gest prostszy i zwyczajniejszy od podania ręki. Czaj jest zawsze, gdy jest gość i jest gospodarz. Hamid jest naszym gospodarzem. Z ramienia polskiej ambasady sprawuje pieczę nad cmentarzem. Jego ojciec pamięta przybyłych tu w 1942 roku Polaków. Wspomina ich z łezką w oku, z sympatią i sentymentem. A przecież przyjęcie ponad 120 tysięcy ludzi w kraju, który sam mierzył się wtedy z ogromnymi problemami, w kraju biednym i – przede wszystkim – kraju o odmiennej religii i kulturze to gigantyczne wyzwanie. Hamid macha ręką – Tak po prostu się robi, gdy są ludzie, którzy potrzebują pomocy. Świadectwa innych Polaków tylko potwierdzają tezę o niezwykłej, perskiej gościnności. O tym, jak islamscy mułłowie w meczetach przekazywali wieści o Polakach i o konieczności udzielenia pomocy, niezależnie od tego, w jakiego boga wierzą. O fryzjerach, którzy tłumnie stawiali się do portu w Bander Pahlevi by obcinać zawszone włosy. O tysiącach innych Irańczyków, którzy bezinteresownie oddawali swoją pracę, jedzenie i czas, by pomóc przybyłym, wycieńczonym Polakom.
Powyższe zdjęcie są już z Afryki. Do Tanzanii moja babcia trafiła wraz z matką oraz innymi Polakami jeszcze w 1942 roku. W obozie w Ifundzie spędziła 5 lat, które do tej pory wspomina jako jedną z największych przygód swojego życia. W 1947 roku wsiadły razem do statku w Mombassie i przypłynęły do Europy. Kilka lat później wzięła ślub, urodziła troje dzieci. W przyszłym roku skończy 90 lat.
Tak wyglądała cała siedmioletnia podróż mojej babci oraz jej mamy. Rozpoczyna się w Chlewiszczach, niewielkiej osadzie na Białorusi. Kończy – w Kurnosie Drugim, gdzie moja babcia żyje i ma się bardzo dobrze 😉 Klikajcie w ikonki – one prowadzą przez drogę.
Piękny tekst. Szkoda, że tak niewiele osób pamięta, iż wcale nie tak dawno członkowie naszych rodzin też byli uchodźcami i szukali schronienia w obcych dla nich krajach. Historia się powtarza, tylko punkt widzenia jest niestety inny. Ehh:( Oby więcej takich osób jak Wy! Pozdrawiam
Dzięki Szymon! Historia mojej babci nie pozwala mi o tym zapomnieć, przyglądając się temu co dzieje się teraz na Bliskim Wschodzie.
Serdeczności!
Lzy w oczach…A Twoja babcia jaka bedzie wzruszona i wdzieczna, ze rodzinna historia nie pojdzie w zapomnienie. Pieknie napisane. Moja babcia tez bedzie miala 90 lat i chwile byla uchodzca w Czechach, jako mieszkanka Slaska Cieszynskiego…ale nikt z rodziny nie pamieta nazwy wsi, chyba mam misje!
Tak! Jedź, szukaj! To jest fantastyczny i bardzo wciągający proces.
Dzięki za dobre słowa 😉
Wspaniala historia i swietnie napisana! Lzy wzruszenia!
Dziękuję 🙂
Bardzo,bardzo dziękuję, Andrzejku!! To jest dla mnie bardzo ważne co zrobiliście z Kasią. Jestem szczęśliwa i dumna, że mam takiego Wnuka. Wracajcie szczęśliwie.
Piękny tekst, nic dodać, dziękuję.
🙂
Niesamowita historia,bardzo wzruszająca,ważna,aż trudno sobie wyobrazić taki rozmar ludzkiej determinacji.
Dzięki:)
Piękne, Pozdrawiam
Wzruszający tekst. Takie historie jeszcze mocniej do mnie trafiają od kiedy zostałam matką. Mój wujek również został zesłany na Sybir, ale jego historia to było w naszej rodzinie tabu, nigdy nie chciał o tym mówić. Zmarł parę lat temu, a swoją traumę zabrał do grobu. Dziękuję za tą historię i jeszcze długo będę o niej pamiętać. Pozdrawiam!
Pamiętam z apelu w podstawówce ..:)