Na końcu… była zupka. Chińska
Z proszku. W kartonowym kubełku, o smaku, jeżeli dobrze pamiętam, ostrej wołowiny. Ale równie dobrze mógł to być kurczak. Chłeptaliśmy ją w nerwowym pośpiechu, plastikową łyżeczką wygrzebując chemiczne warzywka i chemiczne kawałki mięska, w tych – bardzo dobrze nam znanych – chemicznych oparach proszkowanych zupek. Ale to też nieistotne, liczyło się to, że jedliśmy. Parzyliśmy spierzchnięte usta wrzącym roztworem, czekając aż w wydrenowane do cna organizmy wejdzie trochę ożywczej treści. Dochodziła 17, byliśmy potwornie sponiewierani. Tego dnia urwaliśmy drodze pełne… 24 kilometry. W nieco ponad 5 godzin. Dlaczego? Poszło o rzekę. O Jangcy, czyli nie byle jaką rzekę.
Jadeitowy Smok tani nie jest
Początek tej historii to krótki moment irytacji. Dzień przed wspomnianą zupką chińską znaleźliśmy się na turystycznej autostradzie do Parku Narodowego Śnieżnych Gór Jadeitowego Smoka (Jade Dragon Snow Mountain) – potężnego masywu górskiego na północ od Lijiangu. Chińczycy skatalogowali swoje liczne atrakcje naturalne i kulturowe w prostej hierarchi od jednego A do pięciu AAAAA. Pięć literek A to piękno unikalne, krajowa perełka, cud i – rzecz jasna – turystyczne must see, do którego walą dzikie tłumy. Góry Jadeitowego Smoka (wybaczcie, że powtarzam te nazwę raz za razem, ale sama przyjemność pisania jej przywołuje mi setki godzin spędzonych przed kultowymi dla mojego pokolenia RPG’ami typu Baldurs Gate, Icewind Dale, Planscape Torment czy Neverwinter Nights. Milennialsi, kojarzycie?) chwalą się pięcioma gwiazdkami. Nie bez powodu. Turystyczna fabryka mieli dziennie nawet kilkanaście tysięcy ludzi, przewożąc ich autobusami na szerokich autostradach z widokiem na poszarpane granie i topiące się błyskawicznie lodowce. Ale takie zaplecze kosztuje – prawie 20 dolarów za głowę. Sporo, zważając na to, że wybraliśmy tę trasę, by… uniknąć dodatkowych opłat. Coś nam, ten teges, risercz nie podszedł. Zapłaciliśmy, trochę się powkurzaliśmy, poirytowaliśmy, naburmuszyliśmy nawet, bo okazałe szczyty masywu Jadeitowego Smoka tonęły w chmurach, ale ostatecznie dobry humor wrócił błyskawicznie, za pomocą chińskiego policjanta, który – widząc naszą rezygnację – podszedł, przywitał się i wstukał do smartfonowego translatora “I wish you a happy day!”. Gest bezcenny, dziękujemy!

Musicie uwierzyć na słowo – w tle za tymi chmurami kryje się masyw Jade Dragon

Za jedyne 30 juanów (ok. 5 dolarów) można wypożyczyć ludowy strój Naxi i cyknąć sobie eleganckie selfie na tle lodowcowego jeziorka
Tego samego dnia zaliczyliśmy bite trzydzieści kilometrów bajecznego zjazdu – z 3100 na 1800 mnpm. W uszach pękało od ciśnienia, temperatura rosła błyskawicznie a dookoła otwierał się widok na jeden z dużych celów naszej wycieczki – Wąwóz Skaczącego Tygrysa i pieniącą się w dole rzekę Jangcy. Na dziś jednak to już koniec. Zawinęliśmy się do taniego hoteliku, wciągnęliśmy pyszną zupkę i z prostym, acz jasnym celem na dzień następny – przekroczyć rzekę – poszliśmy spać. No, jeszcze zanim zasnęliśmy, z głęboką konfuzją oglądaliśmy na głównym kanale Chińskiej Telewizji Centralnej dziecięcą wersję Idola, tylko taką jeszcze bardziej pokraczną, w której na przykład grubawy kilkulatek przebrany za Eminema wymachiwał plastikową spluwą i – po chińsku – gangsta rapował. Dookoła niego zespół dziewczynek w kusych strojach wtórował uwodzicielskim tańcem. Dobrze się bawią w tej CCTV!

I w dół. Do doliny!
Jangcy nie puszcza, ale czego się nie da zrobić za pieniądze
Poranek świeży, słoneczny, ale nie gorący. Idealny. Pani z hoteliku stawia przed nami dwie wielkie michy zupki z kluchami, które ochoczo pałaszujemy. Każda kaloria energii się dziś przyda. Opuszczając przybytek – to znamienny moment – pytam właścicielkę hoteliku o prom przez rzekę. Pytam, to duże słowo, pokazuje w translatorze słowo prom. Pani starsza wskazuje, że jest, że ok, że trzeba pojechać w … prawo. W prawo? Na mapie mam, jak byk, że w lewo i nawet ścieżka jest zaznaczona, że to tu. Ufam technologii. Jedziemy w lewo. Po ośmiu kilometrach droga urywa się, a na skraju Wąwozu zaczyna się górska ścieżynka, wąska na metr, półtora z mnogością stromych schodów.
To co, w dół? – W dół – odpowiadam sobie w duchu, będąc głuchym na okoliczności, tępo słuchając się smartfona z wbitą ścieżką zejścia do rzekomego promu.
Tu nastąpić powinien rzewny akapit o fizycznym starciu z granicami własnych możliwości, targaniu rowerów z sakwami obok kilkusetmetrowych skarp, o toczonej przez cztery godziny walce z terenem, krzakami, kamolami, schodami, ale to daremny trud. Dotarliśmy, po fizycznym boksowaniu się ze ścieżką do dna wąwozu. I promu nie było. Nic tam nie było, oprócz majestatycznej Jangcy, walącej z ferworem przez wąski na kilkadziesiąt metrów wąwóz. I – choć daliśmy sobie popalić niewąsko – nie byliśmy wnerwieni, zirytowani. Nie. Usiedliśmy sobie. Wyciągnęliśmy jakieś przekąski, bodaj batony, wzięliśmy łyk wody i oniemiali wpatrywaliśmy się w Wąwóz Skaczącego Tygrysa. To gigant. Od południa otula rzekę masyw Jadeitowego Smoka – z najwyższego szczytu do rzeki to spadek 3700 metrów. 3700! Wielki Kanion Kolorado ma w najwyższym punkcie zaledwie 1600. Od północy zaś wznosi się masyw gór Haba – potężnych pięciotysięczników, choć nieco przystępniejszych, z licznymi szlakami trekkingowymi. Jangcy (w górnej partii nazywana też Jinsha Jiang) tłoczy się serią kaskad między tymi szczytami tworząc nierealną scenerię.

Poranek. Jeszcze nie wiemy, że jedziemy w stronę nieistniejącego promu

Droga w dół. Ściecha jest. Prom pewnie też – tak sobie tłumaczymy

Odbijamy się od dna i wracamy do góry po własnych śladach

Tak, Kasia też targała klamoty

Jasny gwint, jak mnie bolały plecy tego dnia!
Targanie rowerów z powrotem idzie mozolnie, wolno, z obolałymi plecami. O 14 docieramy z powrotem do wioski, do punktu startowego. Tym razem pytam, zakręt za zakrętem, którędy na prom. Wszyscy wskazują jednogłośnie i po kolejnej godzinie znów stajemy na brzegu Jangcy. W tym miejscu błotnista rzeka rozlewa się szeroko, zwalnia i ewidentnie traci sporo ze swojego majestatu – na jej powierzchni pływają potężne grudy śmieci, butelek, plastiku. Po drugiej stronie rzeki, co nas bardzo, bardzo cieszy – stoją łodzie. No ale właśnie – są po drugiej stronie. Czekamy więc, ale przez dobrą godzinę nie widać tam żadnego ruchu. W końcu dostrzegam kątem oka wędkarzy za zakrętem rzeki. Pytam ich o prom. Jeden z nich łamaną angielszczyzną mówi, że … prom to nie tu. To trzy kilometry w górę rzeki. Uchodzi ze mnie wszystko. Znowu nie tu? – Byliśmy. Nie ma tam żadnego promu – tłumaczę jak mogę.
Wędkarze naradzają się, w końcu jeden z nich wskazuje na styropianową krypę powiązaną sznurem i pyta, czy się nada. Cholera, nie wypłynąłbym tym na płytki basen, dziadowsko to wygląda. – Nada się. Czekamy na brzegu – mówię wbrew sobie, bo po prostu chcę już być po drugiej stronie.

Rekordowo nisko – następnego dnia odbijaliśmy z 1600 na 3200
Wędkarz podpływa pyrkającą krypą, z niezmienną fajką w zębach, a ja mam coraz więcej wątpliwości. Wątpliwości ma też sam właściciel jednostki, ale na pytanie o cenę szybko się rozchmurza i bez wahania wrzuca toboły na pokład. – 100 yuanów – mówi, nie wyjmując fajki z zębów. Rozkładamy ręce. Kasia płynie pierwsza. Obserwuję to nerwowo, widząc, że nurt nosi łodzią jak zabawką, ale pyrkająca krypa spełnia swoją misję. Jangcy, oglądana ze środka, wygląda jak błotna lawina śmieci. Godzinę później, po wypchnięciu rowerów stromą ścieżką, jemy zupki, od których zaczęła się ta historia. Smakują, są wyborne, choć do cna paskudne. Zaraz za wioską rozkładamy namiot. To prawdopodobnie nasz najpiękniejszy nocleg w trakcie tej wycieczki. Ustawiamy wejście do namiotu na gigantyczną, naturalną bramę do Wąwozu Skaczącego Tygrysa. Gapimy się na nią oniemiali. Śpimy mocno, dobrze, długo.

Namiot z widokiem na wlot Wąwozu Skaczącego Tygrysa

Mój wieczorny przysmak – za juana parówka z mniejszą niż sladową zawartością mięsa. Polecam!

A poranku z takim widokiem możecie nam pozazdrościć
Deszcz w krainie wiecznego szczęścia
Kolejne cztery dni turlamy się po przełęczach, dolinach i wioseczkach rozrzuconych na drodze do Shangri La. Bez niespodzianek – pada. Pada od pierwszego dnia wjazdu do Chin. Każego dnia, każdej nocy przynajmniej raz raczy nas aura mżawką, burzą, ulewą, czasami gradobiciem. Jak jest gdzie, to się chowamy. Jak w sklepiku miłego pana, przed długaśnym podjazdem na 3200 mnpm. Zalał proszkowane zupki, ugościł, wyciągnął skądś twardawe już ryżowe pampuchy i, jak każdy dobry gospodarz w Chinach, poczęstował papierosem. Zapytał o dzieci, sam z dumą przyznał, że ma trójkę, wyraził podziw, że z tak ciężkimi rowerami jedziemy w góry. Strasznie przyjemny gość. Ale papiersów nie zapaliliśmy.
Jeszcze tego samego dnia, uciekając przed kolejną ulewą, trafiliśmy do podobnego drewnianego domostwa z niewielkim sklepikiem. Znowu szef zalał nam proszkowane zupki, ale w interakcje nie był skłonny wchodzić. Nie dziwię się – na głównym kanale CCTV leciał właśnie kolejny odcinek bijącego wszelkie rekordy oglądalności serialu “1921 AD”, poświęconego historii Komunistycznej Partii Chin. Na ekranie Mao Zedong właśnie przemawiał do kilkunastu młodych czerwono-gwardzistów. Nic z tej sceny nie zrozumiałem, ale właściciel sklepu na moment nie odlepił wzroku.
Ostatnia nocka przed Shangri La była tą najgorszą. Lało równo przez całą noc. Namiot przesiąkł od podłogi, namokły nam śpiwory i do rana trochę spaliśmy, a trochę zwijaliśmy się w suchym rogu. W Shangri La padało przez tydzień – tyle czekaliśmy na przedłużenie wiz. Zabijaliśmy czas czytając “Utracony Horyzont”, bestseller Jamesa Hiltona o iddylicznej krainie długowieczności i harmonii, istniejącej gdzieś w Tybecie. W 2001 roku Chińczycy uznali, że nazwa Shangri La, użyta przez Hiltona, nada się jako turystyczny wabik i zmienili nazwę miasta. Książkowa Shangri La nijak ma się do tego nowoczesnego miejsca. Można, próbując uchwycić klimat powieści Hiltona, zakręcić gigantycznym młynem modlitewnym, zapalić laseczkę kadzidła, popatrzeć na tysiące furgoczących na wietrze chorągiewek modlitewnych i spędzić kilka godzin w licznych tu świątyniach buddyjskich. Ale nie o to tu chodzi, bo z Shangri La chyba jest tak, że dobrze tego miejsca szukać, ale niekoniecznie znaleźć, prawda?
Trasa rowerowa od Lijiangu, przez Wąwóz Skaczącego Tygrysa do Shangri La:
Was sie czyta jak dobrą powiesc! A oglada jak telewizor!
Miło. Dzięki!
WOW! Szczęka mi opadła do samej ziemi (właśnie ją zbieram)! Zazdroszczę tak pięknych krajobrazów, przygód i pasji. Na pewno będę śledzić i polecać innym Waszego bloga. Pozdrawiam i życzę chyżości jak to mawiał klasyk