Złoto bije po oczach tak, że oślepia. Patrzymy więc w dół, ale przecież nie o to tu chodzi. Chodzi o liczby, a liczby nie kłamią. 129 metrów wysokości, czternastometrowy postument i 31 pięter do zdobycia. To Laykyun Sekkya, drugi największy pomnik Buddy na świecie. Dla porównania – pomnik Chrystusa w Świebodzinie to mikre 38 metrów. Stoimy i patrzymy, próbując co rusz wspiąć się oczami na twarz Buddy majaczącą gdzieś tam hen wysoko. Nie sposób. Pozłotka w świetle południowej żarówy mimowolnie zmusza powieki do przymknięcia. Co za gigant!
Do wnętrza tego zuchwałego pomnika religijnego oddania da się wejść. Normalnie, po schodach. Ale zanim tam wejdziemy, najpierw się zdziwimy.
Jak to zwykle bywa w Azji, zdziwimy się kontrastami. W przypadku Myanmaru kontrast najbardziej radykalny to ulica i świątynia. Na ulicy, zwłaszcza wiejskiej, prowincjonalnej, widać to, o czym dowiedzieć się można z pierwszych, generalnych informacji o Birmie. Że to jeden z biedniejszych krajów świata (150 miejsce na 187 notowanych), że ćwierć populacji żyje poniżej progu ubóstwa, że na 1000 noworodków 40 nie dożywa pierwszych urodzin. Że opieka zdrowotna to zazwyczaj abstrakcja. W kontakcie ze słynnym birmańskim uśmiechem łatwo o tym zapomnieć. Dobrze im tu, śmieją się do nas od ucha do ucha.

Gigant Laykyun Sekkya widoczny jest już z ponad 20 kilometrów

Ciemny korytarz wyprowadzający na taras pagody. Cały czas idziemy boso, więc to dobra okazja na skrawek cienia

Stopy Leżącego Buddy chyba najlepiej oddają skalę tego monumentu
W świątyniach buddyjskich obraz przepychu. Kosztowności, biżuteria, diamenty, brylanty, świecidełka, lampeczki. No i złoto. Złota na tony, choć to najczęściej zwykła pozłotka. W Monywie, pierwszy dużym mieście, do którego dotarliśmy, weszliśmy do dużej świątyni przypadkiem. Uciekaliśmy gorączkowo przed przedpołudniowym słońcem. Przysiedliśmy upoceni jak myszy na marmurowym trotuarze. Chłód, delikatny wietrzyk hulający w przepastnych przestrzeniach i cisza. Tego nam było trzeba. Odetchnęliśmy i po chwili zaczęliśmy spacerować po okolicy. W komnatach posągi Buddy w ilościach hurtowych. Przed głównym wejściem wysoka na kilkanaście metrów kolejna statua. Za nią mieniąca się pagoda. Złoto, wszędzie oślepia nas to złoto.
Kontrast biednej ulicy i tonących w złocie świątyń mógłby przyprawić o słuszne oburzenie. Tyle, że biało czarne opisy rzeczywistości nigdy nie zdają egzaminu. Widzimy to pierwszego dnia, gdy w bocznej uliczce granicznego miasteczka lekki tumult. Purpurowe odzienia mnichów obchodzą posesje w procesji po jałmużnę. Ktoś rzuca do dużej michy garstkę ryżu, ktoś rybne curry w metalowym kubku, jeszcze ktoś wciska pomięty banknot w rękę łysego, młodego i mocno zaspanego jeszcze mnicha. Procesje te widzimy później kilkanaście razy, to wraz z nimi ożywają miasta i wsie, to one są trwałym i obecnym od setek lat sygnałem współegzystencji sacrum i profanum. Mnisi buddyjscy żyją ascetycznie, zazwyczaj żywiąc się zaledwie jednym posiłkiem w ciągu dnia. Są na usługach lokalnej społeczności, ale to nie jest relacja jednostronna. Świątynia zawsze dla mieszkańców stoi otworem. Ich modlitwy, prośby są często przekazywane z pośrednictwem mnichów. Świątynia to też schronienie. Banalne jak w przypadku ucieczki przed słońcem. I całkiem ważne, jak w przypadku ocalenia życia. Tak było w 2008 roku, gdy o wybrzeża Birmy rozbił się cyklon Nagris, zabierając ponad 100 000 ludzkich istnień. Buddyjskie świątynie przyjęły wtedy wielotysięczną rzeszę ludzi uciekających przed żywiołem.

Procesja mniszek o jałmużnę na przedmieściach Yangoonu
U podnóża Laykyun Sekka leży drugi Budda i liczy sobie 101 metrów w długości. Ma oczy mocniej otwarte, niż ten stojący. I rzęsy bardziej podkreślone. Wlepiamy się w tę gigantyczną kobiecą twarz podpartą ugiętą w łokciu ręką i obserwujemy, jak u jej podnóża przebiegają dziesiątki birmańskich rodzin. Parzy ich w bose stopy betonowy trotuar, nagrzany popołudniowym słońcem. Za moment znikają za karykaturalnymi, kwadratowymi palcami stóp leżącego Buddy i oddychają przez moment w cieniu. Za chwilę kolejny sprint, już pod stojącego Buddy. Od cienia do cienia.

31 pięter stojącego Buddy to stroma wspinaczka przez – w dużym uogólnieniu – kręgi piekielne Dantego. Na szczycie – Nirvana i błękitne chmurki. Na dole – rzeź. Bardzo dosadna rzeź.

Cykniesz mi fotę?. – Jasne. Dawaj telefon. – Nie, cyknij swoim.
Sprinty pielgrzymów są powszechnym obrazkiem w niemal każdej świątyni, do której trafiamy. W Pyay, mieście na nabrzeżu rzeki Irawady, złota pagoda widoczna jest z każdego punktu w mieście. Lecimy do niej szybko, głównie po to by, jak zwykle, uciec od słońca w zacienionych korytarzach dookoła pagody. Pielgrzymów zaledwie garstka, większość przesiaduje na rozległym tarasie wpatrując się w kolejną gigantyczną statuę siedzącego Buddy. Jest tu trochę cienia. No i lody gałkowe za ćwierć dolara.

A w drodze do świątyń – korytarz z odpustowymi świecidełkami, pamiątkami i wachlarzami
Siedzący Budda w Pyay jest punktem odniesienia w krajobrazie miasta, elementem widocznym zewsząd. To zresztą bodaj najbardziej klasyczny widoczek z Myanmaru – krajobraz wystrzelonych w niebo złotych pagód, posągów Buddy, świątyń. Tak jest w Baganie. Tym Baganie z jednej ze spektakularnych sekwencji otwierających Samsarę. Tym Baganie, żelaznym punkcie na mapie każdego turysty.
Zachody i wschody słońca z widokiem na grubo ponad tysiąc szpiczastych czubów niezmiennie zachwycają, ale wprawiają też w niemałą konfuzję. Historia niektórych świątyń czy pagód w tym miejscu liczy sobie prawie tysiąc lat. Lata wojen, zaniechań doprowadziły to miejsce do ruiny. Dyktatura wojskowa, której era niedawno się zakończyła, postanowiła odbudować Bagan daleko odbiegając od architektonicznych wyznaczników swojej ery. Efektem jest odmowa wpisania Baganu do programu narodowych dziedzictw UNESCO, a w kontakcie z tym miejscem widać to po ceglastych ściankach z betonowym klajstrem. Po czasami niezdarnych łatach w delikatnej mozaice. Detale. Nie psują one całościowego wrażenia, które każe mocno wstrzymać oddech, gdy tarcza słońca wynurza się znad horyzontu.

Bagan o zachodzie słońca…

Bagan o wschodzie
Znowu oślepieni. Tym razem bez okularów naprawdę nie sposób spojrzeć wzwyż. To Shwedagon. Wysoka na niemal 100 metrów pagoda dominująca nad Yangoonem, największym mieście kraju. Obrośnięta jest dziesiątkami stup, tarasów, mniejszych świątyń i pagód. To tam siedzą, leżą, modlą się lub po prostu piją wodę Birmańczycy. Idziemy ich śladem, drepcząc boso po rozpalonej upałem marmurowej posadzce. Piecze jak cholera, zwłaszcza na tych ciemniejszych płytkach. Dobrze ponad 40 stopni na termometrze, powietrze faluje w ukropie, a niebo bez chmurki. Jest południe. Złoty Shwedagon jest jak potężna żarówa, która oślepia wszystkich dookoła. Nie patrzymy więc na tego giganta. Koncentrujemy się na ludziach. A ci, jak zwykle w Myanmarze, robią wszystko, co robi się w miejscach świętych. Jedzą, śpią, rozmawiają, dyskutują, bawią się, grają w planszówki, cykają selfie, modlą się, czytają, odpoczywają. Sacrum buddyjskie jest przyziemne, ludzkie, zwyczajne. To nas nieustannie zachwyca.

Schwedagon Pagoda równo o południu. Doświadczenie z tych bardzo, bardzo gorących

Dookoła furczą wiatraki. Towarzystwo posągów też nie przeszkadza, więc czemu by nie odpocząć?
Bagan planowaliśmy. Shwedagon i Pyay też. Jaskiń w okolicach miasta Hpa-An nie. Po prostu Kasia któregoś dnia spojrzała na mapkę w smartfonie i znalazła gorące źródła. Za moment odbiliśmy z głównej drogi, zadarliśmy znowu głowy w górę i zobaczyliśmy na wypiętej dobre dwieście metrów w górę skale mieniącą się pozłotką stupę. Na szczyt stupy wejść zwykłym śmiertelnikom się nie da. Udaje się małpom, które u podnóża góry są szczodrze obdarzane przekąskami przez pielgrzymów. Setki Birmańczyków na siłę wciska tu naszym dalekim przodkom czipsy, popcorn, wafelki i w zasadzie wszystko, co suche i co łatwo otworzyć. Małpy korzystają z sytuacji chętnie i mądrze, część darów kitrając w wysokich konarach drzew albo w skałach.

Nie widać, ale na szczycie tej ściany stoją złote pagody

Młody mnich podrzuca małpom kolejne paczuszki czipsow

Posągi setek mnichów w procesji u podnóża jednej z jaskiń
Pielgrzymi przyjeżdżają tu do jaskini, długiej na kilkadziesiąt metrów, wyłożonej gęsto posążkami Buddy. W jaskini wilgoć miesza się z wonią kadzidełek. Jest o te dobre kilkanaście stopni chłodniej niż na zewnątrz, więc to dobra okazja żeby przysiąść. Odsapnąć i znowu podpatrzeć pielgrzymów. Robimy to codziennie. Birmańczycy patrzą się na nas ukradkiem, my na nich dosyć jawnie, choć – tak się nam przynajmniej wydaje – taktownie. Język nie służy porozumieniu, więc to w ten sposób, wykrzywiając twarz w palecie dostępnych uśmiechów, komunikujemy się na co dzień.

Cień, chłód i cisza