Wschodnie wybrzeże w pięciu odsłonach

Bywa zachwycającą kalką ekskluzywnych nadmorskich kurortów z drogami wysadzanymi palmami i niekończącymi się plażami, które okupują umięśnieni surferzy i tabuny turystów. Bywa ogromnymi połaciami nietkniętej przyrody z masą nieodkrytych perełek. Bywa utrapieniem i jednocześnie zbawieniem. Wschód Australii. Wybrzeże. To tu wylądował James Cook a za nim dziesiątki innych ekspedycji, to tu rozpoczęła się nowożytna historia kontynentu i to tu ulokowała się znaczna większość mieszkańców kraju Down Under. Zjechaliśmy je niemal całe. To ponad 2000 killometrów.

Miasta

Sydney, Brisbane, Rockhampton – to z tych największych. Po drodze dziesiąki mniejszych i pewnie setki miasteczek. Ich największa zaleta – są. Po prostu. Jadąc wybrzeżem naprawdę rzadko należy się martwić o zapasy jedzenia czy wody. Jest tego na pęczki. To gigantyczny komfort, bo odpada kilka kilogramów z sakw. Jedzie się szybciej. To też utrapienie. Bo ruch jest potężny i należy mocno kombinować, żeby poruszać się w miarę bezpiecznymi drogami, unikając tych najbardziej zatłoczonych. A zatłoczone są niemal nieustannie, zwłaszcza na przełomie grudnia i stycznia – na świąteczne wakacje ściągają na plaże dziesiątki tysięcy turystów z całego kraju.

IMG_2712-2

Sydney nas ogłuszyło. W przeciągu zaledwie jednego dnia z cichych uliczek małych miasteczek na południe od miasta trafiliśmy do wrzącego, głośnego, kosmopolitycznego centrum. Ogłuszyła nas też pogoda – nad miasto naciągnął się czepiec brunatnych chmur, temperatura spadła.

IMG_2713-2

Zdążyliśmy ledwie obejść budynek Opery, gdy zerwała się potężna burza, a zaledwie kilka kilometrów dalej przez miasto przechodziły tornada. IMG_2820-2

Niebo wyczyściło się już następnego dnia, prezentując Sydney w pocztówkowym, słonecznym anturażu. Wykorzystaliśmy dobrą pogodę, założyliśmy okulary słoneczne i zrobiliśmy długi spacer po centrum, wpadając między nimi do ogromnego ogrodu botanicznego.
IMG_2851-2-2

Z wybrzeża gigantycznej zatoki, gdzie by nie spojrzeć, widać dwie królujące budowle. Dumne symbole Australii – Harbour Bridge i Operę. Obydwie konstrukcje oglądane z bliska są w zasadzie „nieogarnialne”. Ich ogrom i nieludzka skala wymagają dystansu, dlatego najlepiej stosownie się oddalić. Nas opera zachwyciła dopiero za drugim razem, gdy chwyciliśmy lśniące w pełnym słońcu i przy niebieskiem niebie „żagle” budynku z oddalonego o kilometr półwyspu.

IMG_2931-2

Sydney było pieszą, niezwykle przyjemną odskocznią od rowerowego trybu życia.

IMG_2810-2-2

Wyjeżdżając z Sydney właściwie codziennie trafialiśmy do mniejszego miasteczka. Tak małego, jak na przykład Biggenden. Nie, to nie jest miejsce z prospektów turystycznych. To jedno z wielu anonimowych miasteczek zlokalizowanych gdzieś w pobliżu autostrady. Dwa sklepy, hotelik nad barem, kilkanaście wypalonych słońcem domostw i rzeka asfaltu pośrodku. Zawsze nas to zaskakiwało – żadnego ruchu, ledwie kilkanaście samochodów, miasteczko na 300 mieszkańców i dwa pasy ruchu w każdą stronę. Wizytówka australijskiego przywiązania do czterech kółek.

IMG_4614-2-2

Trafialiśmy też na ikony wschodniego wybrzeża, jak na przykład słynne Gold Coast. Wrażenia? Trochę jakby z bliska oglądać „Słoneczny Patrol”. Poza tym mają doskonałą infrastrukturę rowerową.

IMG_4157-2-2

IMG_4160-2-2

 

W Brisbane trochę się rozmarzyliśmy. Spędziliśmy w centrum miasta zaledwie kilka godzin, ale to wystarczyło zachwycić się idealnie skrojoną pod człowieka przestrzenią publiczną. W kontrze do generalnego, australijskiego nurtu oblewania wszystkiego po horyzont asfaltem, Brisbane kładzie szerokie chodniki, sadzi drzewa w gigantycznych ogrodach botanicznych, buduje drogi rowerowe i wysypuje piach pod sztuczną plażę rozciągniętą na dobrych kilkaset metrów. Wszystko w dystansie pieszego spaceru, bogato obsypane muzeami, muszlami koncertowymi i hektarami zieleni. I to wszystko w ścisłym centrum, przytulone do meandrującej przez centrum rzeki.

IMG_4429-2-2-2

IMG_4396-2-2

IMG_4413-1-2

Bliskość miast i niewiele „dzikich” momentów oznaczało, że czasami trzeba było się mocno nakombinować ze znalezieniem ustronnego miejsca dla namiotu.

IMG_3073-2

2. Góry

Nie, australijskie wybrzeże nie jest płaskie. To chyba oczywiste, prawda? Nie dla nas. Gdy zjechaliśmy z gór szczelnie otaczających Canberrę do wybrzeża na południe od Sydney mocno liczyliśmy, że teraz to pociśniemy. Że będzie płasko i komfortowo. Nie było. Kombinując możliwie optymalne objazdy zatłoczonej Pacific Highway ładowaliśmy się po wielokroć w górzyste wąskie dróżki, które iście interwałowymi podjazdami wypruwały z nas siódme poty. To nie są duże góry, rzecz jasna, tak pod 200 metrów względnego przewyższenia. Ale to wystarcza. Na przykład do tego, by w ciągu jednego dnia natrzaskać 2 kilometry przewyższeń. Czujemy to w nogach i w głowie. Chyba najpierw w głowie, bo widząc asfalt akrobatycznie wylany na 18% podjeździe o długości kilkuset metrów często… po prostu schodziliśmy z rowerów i grzecznie wpychaliśmy je na górę.

IMG_3512-2

Górskie objazdy to też kapitalne widoki. Jak ten na Byron Bay – najbardziej wysunięty na wschód cypelek kontynentalnej Australii. Samo miasto zawodzi i zieje nudą. Na szczęście to, co dookoła jest już znacznie ciekawsze.

IMG_4055-2

IMG_3458-2

3. Plaże

Jeden z Australijczyków kiedyś powiedział, że plaże na wschodzie to ikony australijskiego stylu życia. Skąpane w słońcu, z symetrycznymi liniami białych grzyw wyglądają rzeczywiście idyllicznie. Korzystaliśmy z tej idylli, nie raz kąpiąc się po całym dniu jazdy w zimnej wodzie oceanu.
IMG_2942-2

Ale plaże to tylko plaże. Jeżeli nie jesteś suferem, wakeboarderem, sup’owcem, nie masz jachtu, skutera, kajaku, czyli generalnie rzecz ujmując czerpiesz radość li tylko i wyłącznie z wejścia do wody, to plaże błyskawicznie się nudzą. Są piękne, to fakt. Ale są też takie same.

IMG_2937-2

IMG_3352-2

instadzien21-1-2

4. Przygoda

Czyli to, co niespodziewane. Pisaliśmy już o tym, jak spędziliśmy dzień w błocie, jak uciekliśmy na plażę. Takich krótkich momentów rzucania się na niewiadome było sporo, bo i sporo razy musieliśmy ewakuować się z nitki autostrady. Trafialiśmy na przykład na zamkniętą drogę, przecinającą spory masyw górski.

IMG_3481-2

IMG_3521-2

Sporo improwizowaliśmy na tym krótkim odcinku, bo i droga pojawiała się i znikała.

IMG_3472-2

Innym razem trafiliśmy na… krowę. Gigantyczną krowę. Gdzieś na bocznej, asfaltowej dróżce stała ona. Krowa. Stwierdziłem, że muszę mieć z nią zdjęcie.

IMG_4473-2-2

Z prawdziwymi, żywymi krowami jest problem. Na widok rowerzystów zazwyczaj panicznie galopują, więc ciężko zrobić z nimi bliskie zdjęcie. Któregoś dnia próbując ominąć zatłoczoną autostradę łączącą Brisbane z Rockhampton, trafiliśmy na wąską, ale niezwykle urokliwą nitkę zanikającego asfaltu, która poprowadzona była wprost hektarowych połaci traw i tysięcy wypasających się sztuk bydła. Przez kilkadziesiąt kilometrów bawiliśmy się z nimi w ganianego.
IMG_4591-2

IMG_4567-2

IMG_4594-2-2

IMG_4554-2

Mieliśmy też okazję przejechać się fantastycznymi drogami dla rowerów, zazwyczaj zbudowanymi w miejsce nieczynnych linii kolejowych. Siatka takich fragmentów gęsto oplata niektóre fragmenty wybrzeża, stanowiąc bardzo przyjemną alternatywę dla zatłoczonych autostrad.

IMG_3046-2

IMG_3080-2

5. Ludzie

Czyli gościnność. Mamy w sobie ukształtowaną manię rozgryzania ludzi – taki socjologiczny instynkt każący przyglądać się temu, jak generalnie ludziom się tu żyje. O czym myślą, marzą, jak tworzą społeczności, co wcinają na lancz i dlaczego są tak wyluzowani (laidback – to słowo klucz, zapamiętajcie!). Na wybrzeżu kontaktów z lokalesami nie brakowało, bo sami do nas chętnie zagadywali. Podchodzili, zagadywali standardowy zestaw pytań – skąd, dokąd, do Darwin? O rany, to daleko, a później już szło samo. To chyba najważniejsze wspomnienia, te w których zupełnie przypadkowy człowiek zaczyna opowiadać o swoim życiu, o Australii, o rodakach, o tym miejscu na świecie.

Gościliśmy też w wielu domach. To dobry moment, by podziękować.

IMG_3559-2

O Denise i Vivienne już trochę pisałem przy okazji bagiennej przygody. Byliśmy u nich zaraz po świętach. Wieczorem zajadaliśmy warzywa z ich przydomowego ogrodu, a nad ranem napiliśmy się genialnej kawy.

Niespełna dwa tygodnie później trafiliśmy do Brisbane, gdzie spędziliśmy kilka niezwykle przyjemnych dni u Danuty i Ryśka, polskich emigrantów, którzy wyjechali z mojej rodzinnej wioski prawie 30 lat temu. Spędziliśmy tu kapitalnych kilka dni, odwiedzając między innymi – po raz pierwszy w życiu – gigantyczny park rozrywki. Wiecie, z rollercoasterami i innymi mrożącymi krew w żyłach atrakcjami. Dawno adrenalina tak nam nie skakała. Fajnie było dzielić tych kilka dni z rodziną Stekiewiczów. Dzięki!

IMG_4276-2

Później w tydzień przejechaliśmy prawie 700 kilometrów do Rockhampton, wołowej stolicy Australii, gdzie spędziliśmy kolejnych kilka fantastycznych dni u Ireny, siostry Danuty. Wieczorami siadaliśmy do obfitej kolacji na tarasie, a w ciągu dnia zwiedzaliśmy okoliczności – kapitalne zoo i farmę krokodyli. Tak, farmę krokodyli. Zobaczyć słonowodne potwory z bliska to jedno, ale z pierwszej ręki usłyszeć kilka historii o tym, jak wygląda praca ludzi wyłapujących krokodyle, to zupełnie inna bajka.

IMG_4911-2

IMG_4935-2

2 komentarze

  • Hejo!
    Kasia, zdradź proszę, jakiej firmy masz sandały. Czy to Teva?
    Pozdro! i powodzenia! 🙂

    • Cześć! Tak, to Teva. Właśnie stuknęły im cztery lata, polecam z czystym sumieniem. Warte swojej ceny:)

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *