Uzbekistan ekspresowo z przystankiem w Bucharze

Jak przez kilkanaście miesięcy raczej wszystko się udaje, to w końcu musi się coś nie udać. Nie wiem, czy takie są prawa natury, czy zwykła sprawiedliwość dziejowa. Nam nie udało się dostać wizy do Turkmenistanu. Już się żaliłam na Facebooku, nie ma sensu się powtarzać. I to nie o sam Turkmenistan chodzi – bo ten mielibyśmy obowiązek przejechać w pięć dni (tylko na tyle zezwala tranzytowa wiza). Dłuższa wizyta w tym kraju na wizie turystycznej – zapomnijcie, chyba że macie w zanadrzu tysiąc dolarów, żeby opłacić agencję turystyczną, a i tak nie ma pewności o powodzeniu całego procesu.

Więc lamenty zarzuciliśmy, bo i pożytku z tego większego nie było. Zaaplikowaliśmy o wizę kazachską (jakże odmienne doświadczenie – konsul osobiście do nas zadzwonił dzień po złożeniu wniosku, z informacją, że wiza jest gotowa do odebrania), z bólem serca (i portfela) kupiliśmy bilet lotniczy z kazachskiego Aktau do Teheranu – prostszej drogi na przedostanie się do Iranu przez Morze Kaspijskie nie było, i zaczęliśmy jechać w stronę Uzbekistanu.

I znowu te przeklęte wizy. W Uzbekistanie mieliśmy być tylko dziesięć dni – pojechać do Buchary i stamtąd już dzień-dwa do granicy z Turkmenistanem. Bułka z masłem. Z Turkmenistanem nie wypaliło, a nam w paszporcie została dziesięciodniowa wiza uzbecka. Próby jej przedłużenia, jeszcze w Duszanbe, spełzły na niczym, a nasz uzbecki dystans – z planowanych siedmiuset kilometrów rozrósł się do tysiąca sześciuset, aż do granicy z Kazachstanem. Pewnie, jest to do zrobienia, ale nam zależało, żeby zrobić sobie przynajmniej jeden dzień wolnego w Bucharze – jak się potem okazało, jednym z najpiękniejszych miast w naszej podróży.

Kiedy to się wreszcie skończy?

Azja Centralna to, jak dla mnie, jeden z najbardziej fascynujących rejonów świata. Ciężki do zrozumienia, przetrawienia całej jego zawiłości historycznej, podziałów etnicznych i narodowych. Każda z byłych republik (Kirgistan w najmniejszym stopniu), to kraje rządzone przez dyktatorów, najczęściej byłych Pierwszych Sekretarzy Partii Komunistycznej, jeszcze za czasów Sojuza. Fałszowane wybory i nieograniczona władza prezydentów – którzy tym samym zapewniają sobie dożywotnią funkcję głowy państwa – sprawiają, że nieustannie łamane są tu prawa człowieka, nie ma wolności słowa i swobód politycznych. Wielki Brat bacznie przygląda się też każdemu, kto do kraju wjeżdża, także turystom, więc podróżowanie po Azji Środkowej łatwe nie jest, a potrafi być także bardzo nieprzyjemne. Policja i wojsko nieustannie wyłudzają łapówki, do tego stopnia, że nic nie można załatwić bez dodatkowych pieniędzy pod stołem, a Republiki od lat są najwyżej w rankingach najbardziej skorumpowanych krajów świata. Nas, przy odprawie paszportowej na wyjeździe z Tadżykistanu, oskarżono o naruszenie prawa i grożono wysoką karą grzywny, albo kilkuletnim zakazem wjazdu do kraju. A poszło o rzekomy brak rejestracji (obowiązek rejestrowania się po trzydziestu dniach od przekroczenia granicy zniesiono w tym roku, po wprowadzeniu e-wizy, dostaliśmy tę informację z kilku pewnych źródeł), najwyraźniej pogranicznicy chcieli nas postraszyć i wymusić trochę dolarów. Było naprawdę nieprzyjemnie, kiedy jeden z żołnierzy zabrał nas do pokoju przesłuchań i zabronił używania angielskiego, którego nie rozumie. Po rosyjsku nie byliśmy w stanie się skutecznie obronić. Ostatecznie wszystko dobrze się skończyło, ale we mnie pozostał duży niesmak i poczucie, że już nie chcę tu dłużej być.

A potem przyszła kontrola uzbecka – przetrzepanie bagażu w poszukiwaniu narkotyków i pornografii (serio), przeglądanie wszystkich zdjęć, zawartości komputera, telefonów, twardych dysków. I mnóstwo pytań: dlaczego robicie tyle zdjęć? Czy to lekarstwo na pewno jest na ból głowy? Co jest w tym zeszycie? Dokładna kontrola osobista i przeliczanie każdego banknotu, jaki wwozimy do kraju.

Pieniądze w Uzbekistanie to w ogóle osobny temat. Za jednego dolara w oficjalnym obiegu można dostać 3000 somów, za to u cinkciarza na czarnym rynku już ponad 6 tysięcy. Każdy wymienia więc walutę w podziemiu, zresztą ku niememu przyzwoleniu rządu.
Pieniądze w Uzbekistanie to w ogóle osobny temat. Za jednego dolara w oficjalnym obiegu można dostać 3000 somów, za to u cinkciarza na czarnym rynku już ponad 6 tysięcy. Każdy wymienia więc walutę w podziemiu, zresztą ku niememu przyzwoleniu rządu.

I potem nieustające kontrole paszportowe – co dwadzieścia kilometrów. To nawet nie jest jakoś bardzo niekomfortowe – zazwyczaj żołnierze nas zatrzymywali z ciekawości – bo chcieli sobie obejrzeć wizy w paszporcie, zapytać skąd jesteśmy, czy jesteśmy małżeństwem (jakby co, to jesteśmy – od trzech lat). Ale w pewnym momencie, kiedy po raz kolejny usłyszałam, dlaczego mając dwadzieścia osiem lat, ciągle nie mam dzieci, pomyślałam, że już mam dość, że wystarczy. Że to już jest jednak naprawdę męczące. Z jednej strony rozumiem te ciągłe kontrole – po pierwsze z obawy przed przemytem narkotyków z Afganistanu, po drugie, po śmierci prezydenta Karimova w tym roku, z lęku przed polityczną destabilizacją w kraju. Niemniej jednak, nie umiałam się pozbyć wrażenia, że jesteśmy tu intruzami.

To są oczywiście te cienie podróżowania po Azji Środkowej, ale jedzie się tu (i potem wraca) dla dobrych ludzi, których napotyka się na drodze. To oni są prawdziwymi bohaterami, bo kiedy my opuścimy granice kraju i wrócimy bezpiecznie do domu, oni dalej zmagać się będą z bezduszną władzą, biedą, i brakiem jakiejkolwiek pomocy ze strony rządzących.

Towarzystwo przy wieczornym rozbijaniu namiotu, i przy porannym zwijaniu się. Siedzieli przy nas do zmroku, a potem z rana, jak tylko wstało słońce znowu przyszli nas pooglądać:)
Towarzystwo przy wieczornym rozbijaniu namiotu, i przy porannym zwijaniu się. Siedzieli przy nas do zmroku, a potem z rana, jak tylko wstało słońce znowu przyszli nas pooglądać:)

Płasko i szybko

No, może nie od razu. Zajęło nam prawie dwieście kilometrów, zanim zjechaliśmy na dobre z gór. Jeszcze ostatni podjazd na 1600 metrów, jeszcze ze dwie górki tuż za nim i zrobiło się płasko, tak płasko, jak to można sobie tylko wyobrazić. Czy ładnie? No nie do końca. Szare, przydymione powietrze, suchy krajobraz, w większości pozbawiony innej roślinności niż kolczaste, niskie krzaczki, albo stare uprawy bawełny. Jednostajny krajobraz, droga prosta jak strzała, po bokach co kilkadziesiąt kilometrów mikre miasteczko, albo czajchana.

img_1112

Pożegnanie z górami,  reszta Uzbekistanu była już kompletnie płaska.
Pożegnanie z górami, reszta Uzbekistanu była już kompletnie płaska.
Za to w tym krajobrazie, nasz żółty namiot po raz pierwszy idealnie się wtapiał  w tło.
Za to w tym krajobrazie, nasz żółty namiot po raz pierwszy idealnie się wtapiał w tło.

Mam to, czego chciałam. W którymś z ostatnich wpisów z Pamiru narzekałam, że potrzebuję od gór odpocząć. I odpoczęłam. Jechaliśmy po sto kilkadziesiąt kilometrów dziennie, liczyła się tylko droga i dystans, który musimy pokonać. Poza tym, ze względu na krótką wizę, spieszyło nam się, i to mocno. Wiedzieliśmy, że i tak będziemy się musieli ratować innym transportem, ale zależało nam, żeby do Buchary dojechać, jak najszybciej się da. Po drodze nie działo się zbyt wiele – nawet sklepów nie było za dużo, a my, jak zawsze mieliśmy za małe zapasy jedzenia.
Ale jazda przez pustynię ma swój niepowtarzalny klimat. Lubimy pustkowia, bo można rozbić namiot, gdzie nam się tylko podoba. Bo jest cicho, a przestrzeni zupełnie nie można okiełznać.

img_1160

Obrazek jak z postapokaliptycznego filmu
Obrazek jak z postapokaliptycznego filmu

img_1172

I po kilku dniach, w których było tak:

img_1203

img_1216

Zrobiło się tak:

img_1403

img_1557

img_1413

Innymi słowy – dojechaliśmy do Buchary!

Perła Jedwabnego Szlaku

Mnie nie obchodzi, że to miejsce jest tak turystyczne. Że uliczni handlarze chcą mi wepchnąć każdy talerzyk, szaliczek albo figurkę. Że w centrum nie można nic zjeść, za co nie zapłaciłoby się bajońskich sum. Nie, mnie to nie obchodzi, bo znaleźliśmy się w jednym z najważniejszych miast na trasie Jedwabnego Szlaku z Chin do Europy. I ja czułam tę historię utkwioną w murach minaretów, meczetów i medres. To tu zatrzymywały się karawany z wielbłądami wioząc ze wschodu jedwab i papier, rozwijała się myśl perska – medycyna, filozofia, matematyka. To tu dotarł Aleksander Macedoński, Dżyngis-Chan i Timur Chromy. To miejsce jest jak żywcem wyjęte z podręczników historii, z których uczyłam się w szkole. Albo jak z „Baśni tysiąca i jednej nocy”.

img_1555

img_1455

img_1551

Miasto nie jest duże, i to działa na jego korzyść. Nie trzeba biegać po całej Bucharze, żeby zobaczyć wszystkie jej zabytki, za to jest czas, żeby po prostu usiąść i się pogapić. A ja lubię siedzieć i się gapić, kiedy nie muszę jechać na rowerze.

Buchara nocą.
Buchara nocą.

img_1300

img_1451

Nawet nie podejmowałam się prób zapamiętania nazw wszystkich zabytków. Jest tu ponad sto budynków, które jako jeden z najważniejszych kompleksów architektonicznych kultury islamu zostały wpisane na listę UNESCO. Meczety, minarety, z których nawoływano wiernych na modlitwę, albo medresy – czyli szkoły koraniczne.

wpis4

img_1497

img_1477

W Bucharze zabawiliśmy w sumie półtora dnia. Pewnie gdyby nie goniący nas termin wygaśnięcia wizy pobylibyśmy tu nieco dłużej, choć – jak w przypadku każdej miejscowości turystycznej – jest to spory trening wytrzymałości portfela. Gdyby nie fakt, że na szaleństwa nie możemy sobie pozwolić, no i ze względu na to, że jadąc rowerem musimy ograniczyć bagaż do niezbędnego minimum – na pewno przywieźlibyśmy z Buchary sporo pamiątek. Pewnie większość z nich to chińszczyzna, ale mają tu sporo naprawdę ładnych rzeczy – ceramikę czy szale, wszystko (podobno) ręcznie robione. Ale naprawdę jest to miłe dla oka, no i zupełnie nie tak przaśne, jak pamiątki z Krupówek.
Z pustymi sakwami jednak z Buchary nie wyjechaliśmy – kupiliśmy jedną maleńką filiżankę do herbaty, mam nadzieję, że dowieziemy ją do Polski w jednym kawałku.

Kupiłabym je wszystkie, serio!
Kupiłabym je wszystkie, serio!

img_1528

img_1429

img_1415

W mozaikach wplecione są wersety z Koranu.

img_1495

img_1279-2

Pociągiem do granicy

Pięćset kilometrów na zachód od Buchary leżu Nukus – stolica Karakałpacji, najbiedniejszego i najbardziej wyludnionego rejonu Uzbekistanu. W większości pokrywają je czerwone piaski pustyni Kyzył Kum, i to na jej terenie leży prawie całkowicie wyschnięte już Jezioro Aralskie. To tędy przepływa rzeka Amu Daria, będąca niegdysiejszą żywicielką tych pustkowi, użyźniała je, a jej odpływy napełniały okoliczne jeziora. Dziś jest tylko smutnym wspomnieniem siebie samej. Jej poziom obniżył się kilkakrotnie, a długie ramiona nie sięgają już żadnych zbiorników wodnych. Karakałpacja powoli obumiera, nie tylko jej przyroda – w tym regionie notuje się najwyższy odsetek zachorowań na raka i choroby płuc. Co stoi za tym dramatem? Bawełna.

img_0569

Uzbekistan uprawia bawełnę od kilku tysięcy lat. Kiedy w ubiegłym wieku pojawili się tu Rosjanie postanowili rozpocząć jej produkcję na ogromną skalę – na tyle, że uprawa bawełny wyparła wszystkie inne. A ta roślina jest bardzo wymagająca – do prawidłowego wzrostu potrzebna jest jej ogromna ilość wody. Wody, która w pustynnym Uzbekistanie już wtedy była towarem deficytowym. Postanowiono wykorzystać bliskość Jeziora Aralskiego i Amu Darii, i wykorzystać je do nawadniania pół. Bawełna jest jak gąbka – chłonęła każdą ilość wody. Apetyt Rosjan na uczynienie z Uzbekistanu głównego eksportera bawełny nie malał. Niezrażeni drastycznym obniżaniem się poziomu wód, zaczęli ziemię nawozić niebezpiecznymi chemikaliami. Tak wyglądał początek końca. Robotnicy pracujący przy bawełnie zaczęli narzekać na zdrowie, jeziora wysychały, a największe – Aralskie, przy którego brzegach tętniło niegdyś życie, w ostatnim półwieczu wyschło w dziewięćdziesięciu procentach.

Do Nukus docieramy wieczorem. Jest przenikliwie zimno i pada deszcz. I jest to chyba najbardziej ponure miasto, jakie widziałam w życiu. Nazajutrz, o piątej rano mamy pociąg do granicy. Trafiamy do najbardziej obskurnego hotelu w mieście, najtańszego, jaki udało nam się znaleźć. Smętnie oderwana tapeta na ścianach, cieknący, zupełnie zardzewiały kran i uderzający w szyby deszcz przydają temu miejscu charakter nieco makabryczny.

Pakujemy się do łóżka, a ja wracam do lektury reportażu o Uzbekistanie, który czytam od kilku dni. I co widzę? Że w Nukusie, w samym środku niczego, znajduje się drugie co do wielkości muzeum rosyjskiej sztuki awangardowej. Ogromna kolekcja sztuki z całej Azji Środkowej! Sama historia tego muzeum i jego założyciela jest na tyle fascynująca, że zasługuje z pewnością na osobną książkę. Nie mogę sobie darować, że przeczytałam o tym tak późno, dlatego daję cynk tu: jeśli ktoś z Was będzie w Nukusie, niech nie popełni tego samego błędu, co my!

Pociąg z Nukusu zawozi nas do przygranicznego miasteczka w Kazachstanie. I tak oto, zaledwie po ośmiu dniach w Uzbekistanie, wjeżdżamy do ostatniego Stanu Azji Środkowej. W Kazachstanie też będziemy tylko na moment, ale o tym innym razem.

gplus-profile-picture

Kasia Gądek

Gdybym mogła, zamieszkałabym w kinie. A że nie mogę, to mieszkam w namiocie. Też jest fajnie. A poza tym mam profil na Instagramie, choć nie lubię hashtagów.

4 komentarze

  • Jak zwykle, zajebista relacja! Piszesz w tak fascynujacy sposob i robicie tak przepiekne zdjecia, ze jesli wasz blog nie wygra nagrody Bloga Roku to sama wam ja sprezentuje!

    • gplus-profile-picture

      Marta, dzięki po stokroć! W wyścigu o nagrody nie startujemy, ale takie komentarze znaczą więcej niż głupie statuetki, ot co;)

  • Uwielbiam Was nie tylko ogladac, ale i czytac! 😀 A po przeczytaniu mam nowy cel podrozniczy- kupic patere w Bukharze 😉

    • gplus-profile-picture

      Nooo, to jest chyba jedyna słabość podróżowania rowerem – że nie można wozić ze sobą tylu pamiątek, ile by się chciało:). Ja szczególnie nie jestem łasa na różne pierdółki, ale jajecznica na takim ładnym talerzu musi smakować wybornie:). Pozdrowienia!

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *