Stambuł w deszczu i mgle

Stambuł nie chce nas wypuścić. Planujemy oszczędzić sobie trochę cierpienia i uniknąć wyjazdu z miasta rowerem. Wsiadamy na prom, który zabiera nas… w zupełnie odwrotnym kierunku. Nie tylko tracimy masę czasu, ale też dokładamy sobie przynajmniej kilkanaście kilometrów jazdy w gigantycznej, zatłoczonej aglomeracji. Piętnaście milionów mieszkańców i mam wrażenie, że niewiele mniej samochodów, to nie są idealne warunki do jazdy na rowerze. Dodając do tego deszcz i mgłę, która spowija miasto od kilku dobrych dni, wychodzi nam mieszanka wybuchowa. Ze Stambułu wyjeżdżamy przez trzy dni.

Na promie (tym, który zabrał nas daleko na stronę azjatycką) spotykamy Azera, który mieszka w Turcji, ma obywatelstwo niemieckie i mówi po polsku! Co więcej – jest historykiem, który swoją pracę doktorską pisał o historii Polski. Rozmawiamy z nim dobre pół godziny. Gdybyście się zastanawiali, jak się żyje w mieście, które średnio co dwa tygodnie staje się celem ataków terrorystycznych, to odpowiadamy, że żyje się ciężko, choć z pozoru miasto funkcjonuje według starych zasad, a do wszystkiego można się przecież przyzwyczaić – nawet do wybuchających bomb. Nasz nowy znajomy opowiada nam, że odkąd zostali z żoną rodzicami, jeżdżą do pracy oddzielnie – mimo że pracują w tej samej części miasta. Żona jedzie metrem, a on tramwajem – tak, żeby w przypadku zamachu choć jedno z nich przeżyło, a córka nie straciła oboje rodziców. Dochodzi nawet do sytuacji, że każdego człowieka wchodzącego do zatłoczonej restauracji z dużą torbą albo plecakiem lustruje się nieufnym wzrokiem. Wieczorem każdego dnia oddychają z ulgą, że udało się ten dzień przeżyć. Po prostu.

31 grudnia, podczas sylwestrowej zabawy w jednym z modnych stambulskich klubów zamachowiec związany z ISIS zabija 39 osób i rani siedemdziesiąt. Jego poszukiwania trwają ponad dwa tygodnie.

Stambuł, nareszcie

Dwie rzeczy nam podczas tej podróży nie wyszły. Pierwsza to trzymanie się budżetu (przynajmniej do czasu, aż nam się finansowa pętla nie zaczęła zaciskać na szyi), a druga to zwiedzanie miast. Bo zawsze coś – a to pogoda nie taka („typowy Polak”), pokój zbyt wygodny, a my przecież musimy odpocząć. Internet, klimatyzacja, seriale Netflixu – no dużo tego było i jakoś się nie składało, żeby spędzać dziennie pół doby na łażeniu po mieście. Ze Stambułem miało być inaczej. Bo przecież, na litość, to jest STAMBUŁ! Miasto totalne, miasto miast. Bizancjum, Konstantynopol, Hagia Sophia – wszyscy uczyliśmy się o tym w szkołach, prawda? Głupio byłoby zmitrężyć ten czas leżąc w łóżku. Dla nas Stambuł był tez pożegnaniem z Azją, mimo że do granicy z Grecją mieliśmy jeszcze dobre trzysta kilometrów.

Jest taka strona Istanbul for 91 days. Autorzy zachęcają do spędzenia w tym mieście przynajmniej trzech miesięcy, i gwarantują, że przez te dziewięćdziesiąt dni i tak nie zobaczymy wszystkiego, co jest warte uwagi. No to teraz wyobraźcie sobie, że my mamy na to 72 godziny.

Szukaliśmy więc na Stambuł sposobu. Klucza, który ułatwi nam jego rozszyfrowanie. Najpierw pomyślałam sobie o Stambule śladami Orhana Pamuka. Ale każdy, kto czytał Pamukową prozę wie, że jest ona przesiąknięta nostalgią i tęsknotą za tym, co było. Melancholię zostawmy sobie na emeryturę, teraz potrzebujemy czegoś innego, czegoś co pokaże, jak to miasto żyje, jak się zmienia.

Jak widzicie plany mieliśmy ambitne, a wyszło tak, jak wychodzi chyba większości turystów przyjeżdżających tutaj. Czyli standard, u nas poszerzony o szwendanie się po dawnych otomańskich uliczkach.

Gdzie się podziała ostrość z tego zdjęcia? Jestem pewna, że jeszcze wczoraj tu była!

Wyczekiwaliśmy tego Stambułu. Już od startu naszej podróży docierały do nas niepokojące informacje z Turcji. Zamach stanu w Ankarze, regularne ataki Państwa Islamskiego, starcia bojówek kurdyjskich z policją, gorąca granica z Syrią. Bałam się, że w pewnym momencie wjazd do Turcji będzie zbyt ryzykowny. Powiedziałam sobie, że jak już dotrzemy wreszcie do Stambułu, to odetchnę z ulgą, że wszystko nam się udało. Czy miałam duże oczekiwania? Pewnie! Ogromne. Każdy z kim rozmawialiśmy prześcigał się w zachwytach nad tym miastem.

No i wiecie – podobało mi się, ALE…

W Stambule deszcz padał nieprzerwanie od pierwszej do ostatniej minuty naszego pobytu. Taki najgorszy deszcz – ni to kapuśniak, ni to mżawka, poprzerywany raz na czas gwałtowniejszymi opadami. Kałuże na chodnikach, deszcz skapujący z dachów, ludzie trącający się parasolkami. Zimno, wietrznie, nieprzyjemnie. Naprawdę wykazywaliśmy się dużym samozaparciem za każdym razem, kiedy opuszczaliśmy pokój hotelowy. No dobra, pokój mieliśmy beznadziejny, ośmiometrowa dziupla (za to najtańsza na bookingu), ale i tak łatwo się z niego wychodziło, kiedy na zewnątrz rozgrywał się pogodowy armagedon.

Nawet kotu się nie chce

Zła pogoda ma kilka zalet. Stambuł bez turystów? Ciężko to sobie wyobrazić, tym bardziej, że na wszystkich zdjęciach, które widzieliśmy miasto było wypełnione po brzegi ludźmi. Gwarne ulice, długie kolejki do atrakcji turystycznych, pozajmowane stoliki w knajpach. „Nasz” Stambuł opustoszał. Może przez ten deszcz, może przez porę roku, a może z lęku przed kolejnymi zamachami. Gdzie oni są? Gdzie się pochowali ci wszyscy ludzie? Wiadomo – w miejscach turystycznych są turyści, to normalne, i chyba nikt tu nie udaje, że eksploruje jakieś nieodkryte lądy. Ale jak jest tych turystów nieco mniej, to zawsze robi się przyjemniej. Miasto może odetchnąć, a czujność ulicznych handlarzy jest chwilowo uśpiona – zamiast trzydziestu zaczepek „hello my friend, good price for you” dziennie, słyszymy tylko dziesięć.

Jej wysokość Hagia Sophia

Hagia Sophia to oczywiście symbol Stambułu. Powstała w IV wieku jako świątynia chrześcijańska, kilkukrotnie była niszczona i ostatecznie odbudowana dwieście lat później. Przez setki lat służyła katolikom, aż w 1453 przekształcono ją w meczet. I to jest chyba w niej najciekawsze – dwie wielkie religie zmiksowane w jej murach.
Dzisiaj jest muzeum i bez wątpienia najpopularniejszym punktem na turystycznej mapie miasta. Być w Stambule i nie pójść do Hagii Sophii? To trochę tak, jakby w Paryżu nie strzelić sobie fotki Wieży Eiffla – zbyt duża pokusa, nawet dla tych najbardziej alternatywnych. I choć zarzekaliśmy się, że do środka świątyni wejdzie tylko jedno z nas (bo 10 dolarów za bilet), to weszliśmy oboje i natrzaskaliśmy kilkaset zdjęć. Robi wrażenie swoim ogromem, to pewne. Ale to nie tak, że się gapiliśmy z rozdziawioną gębą – aż tak wielkiego efektu wow nie było. Może już zbyt wiele meczetów widzieliśmy?

Na tę mozaikę czekałam, najpiękniejsza część świątyni

Stambuł jest pusty, to już wiemy. Stambuł jest też tani! Serio. O ile nie śpicie na Beyoglu (chyba najbardziej turystyczna dzielnica) i nie jadacie w wypasionych knajpach z białym obrusem. My mieliśmy hotel w dość podłej okolicy, przyznaję. Co noc dobiegały do nas krzyki i awantury z pobliskiej czajowni (czajownią była chyba tylko z nazwy), za to jedzenia tak taniego nie dorwaliśmy nigdzie wcześniej. Ile to się naczytaliśmy, żeby wziąć pod poprawkę przynajmniej trzykrotnie wyższe ceny w Stambule w porównaniu z resztą Turcji. A tu proszę – najtańsze kebaby, zupy, herbata, słodycze. Nie zdradzę wielkiego sekretu, jak powiem, że trzeba jeść tam, gdzie jadają lokalsi, ot i cała zagadka.

Bo ja nie mam problemu z tym, że ludzi pociągają modne i drogie restauracje, szczególnie jeśli są na tygodniowych wakacjach, chcą zaszaleć i nie liczą się z pieniędzmi. Ale jeśli jakość jedzenia tam nie różni się niczym od małych, bezimiennych knajpek, za to wysokość rachunku już bardzo?

Spoiler: osobny wpis kulinarny z Turcji już za moment. Będzie dużo dobrego!

Spacerownik stambulski

Stambuł wygląda dobrze w nocy i w dzień. Wygląda dobrze w słońcu i we mgle. Stambuł to piękne miasto, i wdzięczny temat do fotografowania. Korzyść z deszczu jest taka, że jak już człowiekowi zechce się wyciągnąć aparat spod peleryny, to może mieć pewność, że zdjęcie nie będzie wyglądało jak typowa pocztówka. Szaro, posępnie, za to z klimatem. Niebo nie wyczyściło się ani na moment, a słońce przywitało nas dopiero tydzień później, już w Grecji.

Naszą włóczęgę po mieście można zgrabnie streścić do powtarzającej się sekwencji: spacer – jedzenie – zabytek – jedzenie – spacer – zabytek – jedzenie – więcej jedzenia, i tak w kółko przez trzy dni. Zaczęliśmy z wysokiego c – od Cysterny Bazyliki, czyli starożytnego systemu podziemnych zbiorników na wodę w bliskiej odległości Hagii Sophii. Klimatyczne miejsce, choć bilet za drogi (no i jest zbyt ciemno, żeby zrobić przyzwoite zdjęcia).

A skoro Hagia Sophia jest o rzut kamieniem, to z rozpędu oblecieliśmy jeszcze kilka innych meczetów (choć te płatne już omijaliśmy). Jest ich mnóstwo, więc szybko mogą się znudzić. Każdy jest piękny, no ale ileż można. Za to nawoływania muezzinów z setek minaretów rozsianych po mieście, szczególnie w czasie porannej modlitwy, to naprawdę coś niesamowitego. Sprawdzony przepis na sukces: wdrapać się na jedno z siedmiu stambulskich wzgórz, zamknąć oczy i po prostu nasłuchiwać jak echem niosą się śpiewy z minaretów. Mistycyzm godny Paolo Coelho.

Wieża Galata, Plac Taksim, Istiklal Street? Zaliczone. Co z tego zapamiętamy? Niewiele.

Za to najwięcej radochy sprawiła nam przeprawa promowa przez cieśninę Bosfor. Coś co dla lokalsów jest chlebem powszednim, tak jak dla nas dojazd tramwajem do pracy. My cieszyliśmy się jak dzieci, że wiecie, po tej stronie już Europa, a tu jeszcze Azja. W ogóle promy w Turcji to bajka – duże, komfortowe, tanie i punktualne. No i dobrze czasami zsiąść z roweru i przerzucić się na inny środek transportu. Żałujemy oczywiście, że z powodu pogody nie mogliśmy siedzieć na górnym pokładzie – z pewnością stamtąd rozciąga się lepszy widok.

Pozostając w kręgu wodnych rozrywek, to na moście Galata można sobie złowić rybę. Fajnie, co? Zarzucasz wędkę w towarzystwie dziesiątek innych wędkarzy, spędzasz na moście pewnie z pól doby, za to dzienny urobek jest bez wątpienia spory. Nie bez powodu Stambuł rybami stoi.

Staram się poukładać sobie ten Stambuł w głowie. Myślę, że najlepsza strategia to pojechać bez żadnych oczekiwań, albo zostać na dłużej – bez gonitwy i presji, żeby zobaczyć jak najwięcej w tak krótkim czasie. Stambuł nie jest najpiękniejszym miastem, jakie widziałam w życiu, choć coś mi mówi, że jego odbiór przy innej pogodzie, byłby pewnie inny. Wyjeżdżając miałam mieszane uczucia, dlatego zgodnie stwierdziliśmy, że fajnie byłoby tu pomieszkać przez rok, spróbować wtopić się w tę tętniącą, wielokulturową miejską tkankę.

Trzeba tu wrócić, nie ma zmiłuj.

gplus-profile-picture

Kasia Gądek

Gdybym mogła, zamieszkałabym w kinie. A że nie mogę, to mieszkam w namiocie. Też jest fajnie. A poza tym mam profil na Instagramie, choć nie lubię hashtagów.

4 komentarze

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *