W miastach Iranu

Nie tak miało być. Kazachstan nas wymroził, ale Iran miał przynieść wyższe temperatury. I zaczęło się dobrze – po wylądowaniu w Teheranie i przez pierwsze dwa dni w stolicy było ciepło. Na tyle, że chusta na głowie i obowiązek zakrywania całego ciała, trochę mnie uwierały. Ale Teheran to inna bajka – jest otulony spalinową pierzynką. Wystarczyło, że z niego wyjechaliśmy, a zaczęło się robić zimno. Naprawdę zimno. Pomimo czystego nieba i słońca, temperatura w ciągu dnia nie przekraczała trzech stopni. Ale w ciągu dnia niska temperatura nie jest aż takim problemem, jak w ciągu nocy.

Pomimo kilku warstw ubrań, naprawdę ciepłego śpiwora i dobrego namiotu, noce to dla mnie katorga. Andrzej zawsze mówi „e, nie było tak źle”, ma na sobie mniej ciuchów, a mimo to przesypia prawie całe noce. Jak on to robi? Ja zazwyczaj budzę się o trzeciej, wtedy kiedy temperatura spada grubo poniżej minus dziesięciu stopni, zwijam się w kłębek, naciągam mocniej śpiwór, wiercę, przewracam z boku na bok i usnąć z zimna już nie mogę. Udaje się dopiero nad ranem, kiedy pierwsze promienie słońca zaczynają ogrzewać oszroniony namiot.

Dlatego dla mnie miasta to nie tylko okazja do zobaczenia perskiej architektury, zrobienia zapasów na dalszą drogę, czy podłączenia się do Internetu. To też ucieczka przed zimnem – bo w miastach zawsze czekał na nas ciepły nocleg pod dachem (Warmshowers w Iranie działa bez zarzutu!). Były wyczekiwaną i wytęsknioną oazą.

Jest w Iranie kilka miast, do których kieruje swoje kroki większość turystów. Nie mówię, że to źle – to miejsca piękne, przesiąknięte historią i stanowiące ogromne dziedzictwo kulturalne Persów. My nie mogliśmy sobie pozwolić na zobaczenie ich wszystkich, poza tym zazwyczaj z puli must see lubimy wybierać kilka pozycji. Tak, żeby zawsze pozostało lekkie uczucie niedosytu.

Nie było nas więc w Yazd, nie było w Perspepolis, ani nie było w Shirazie. Kiedyś tam pojedziemy, a tym razem, na głównej turystycznej trasie, udało się zobaczyć Isfahan, Kashan ekspresem i Qom przypadkiem.

Qom w strugach deszczu

Wcale miało nas tu nie być. Owszem, trochę o tym mieście czytaliśmy, ale jakoś nie zachęciło nas to na tyle, żeby tu przyjechać. Zresztą, dopiero co opuściliśmy Teheran, i mieliśmy dość miejskiego zgiełku przynajmniej na tydzień. Wjechaliśmy w pustynię, otoczyła nas nasza ulubiona cisza, pustka i wolność. Mówiąc szczerze – zupełnie nam się do miast nie tęskniło. Dlatego Qom mieliśmy po prostu ominąć, ale na trzydzieści kilometrów przed rogatkami miasta zaczęło padać. Najpierw to była ulewa, która w ciągu kilku minut przemoczyła nas do majtek. A potem taka uciążliwa, niekończąca się mżawka. Niebo zasnuło się chmurami po horyzont, temperatura spadła momentalnie, woda chlupotała w butach, a ciało zaczęło się trząść – nie byliśmy w stanie się ogrzać. Więc tak, wymiękliśmy – ustaliliśmy, że wjedziemy do miasta, znajdziemy na szybko jakiś tani hotel i przeczekamy do jutra złą pogodę.

Qom to miasto małe, szare, płaskie, bez wdzięku, położone o sto pięćdziesiąt kilometrów na południe od Teheranu, na ziemi pustynnej, męczącej, piekielnie upalnej. Zdawałoby się, że w tym morderczym klimacie nic nie powinno sprzyjać refleksji i kontemplacji, a jednak Qom jest miastem religijnej żarliwości, zaciekłej ortodoksji, mistyki i wojującej wiary. W tej mieścinie znajduje się pięćset meczetów i największe seminaria duchowe, tu prowadzą spory znawcy Koranu i strażnicy tradycji, tu obradują sędziwi ajatollahowie, stąd Chomeini rządzi krajem”
Ryszard Kapuściński, „Szachinszach”

Kapuściński pisał „Szachinszacha” na początku lat osiemdziesiątych, tuż po rewolucji islamskiej, jednak klimat miasta, jaki oddaje w tym krótkim fragmencie do dziś pozostaje niezmienny. Posępny nastrój pogłębiał padający bez ustanku deszcz oraz zakorkowane, brudne ulice – tego dnia większość dróg była zamknięta z powodu obchodów święta Al-Arba’in, pod względem liczby uczestników, największej pielgrzymki na świecie. Tłumy mężczyzn i kobiet w czadorach sunących ulicami, czarne flagi powiewające na wietrze i nawoływania muezinów z minaretów nie pozostawiły wątpliwości, że jesteśmy w religijnym centrum kraju.

Przestało padać dopiero późnym wieczorem, i miasto zyskało wtedy sporo uroku – oświetlone meczety, blask lamp odbijający się w mokrych ulicach, liczne cukiernie i uśmiechnięci ludzie popijający herbatę – wszystko to sprawiło, że szybko przestaliśmy żałować naszego awaryjnego lądowania w tym mieście (jak się później okaże – to nie będzie odosobniony przypadek, w którym pogoda krzyżuje nam plany i zmusza nas do schronienia się w miastach). No dobra, fakt, że mamy dach nad głową, ciepły prysznic i możemy oglądać seriale przez pół nocy, też wpłynął korzystnie na nasze samopoczucie.

W Qom zostajemy dłużej, niż planujemy. Następnego dnia niebo jest błękitne jak z obrazka. To aż nie do uwierzenia, że pogoda może tak gwałtownie się zmieniać (dzień później w Qom będzie padał… śnieg!). Zaliczamy długi spacer po mieście, choć szybko nasycamy się dziesiątkami meczetów, które mijamy po drodze.

Kashan, czyli skąpstwo nie popłaca?

W Kashanie też jesteśmy trochę przypadkiem. Po nieplanowanym postoju w Qom czujemy na karkach charczący oddech naszej irańskiej wizy. „Jechać, jechać, czas się kończy” – zdaje się wołać. Więc dywagujemy, czy do Kashanu wjeżdżać, czy jechać bezpośrednio do Isfahanu, w którym chcemy spędzić kilka dni. Ostatecznie zdecydujemy się na kilkugodzinny pobyt w centrum miasta i „zaliczenie” jego głównych atrakcji. Kashan jest jakby stworzony do takiego ekspresowego zwiedzania, bo wszystkie zabytki zgrupowane są w jednej części miasta.

Jeśli otworzycie sobie dowolny przewodnik po Iranie, to w podrozdziale „Kashan” z pewnością przeczytacie o historycznych domach, które warto odwiedzić, imponującej łaźni sułtana Amira Ahmada, czy meczecie Agha Bozorg, i pewnie wielu innych zabytkach, które przecież „koniecznie musicie zobaczyć”.

Meczet robi wrażenie, przyznaję. Wybudowany w końcu osiemnastego wieku, mieści w sobie też historyczną szkołę koraniczną.

W meczecie wpadliśmy na wycieczkę francuską, w ogóle pierwszych turystów, jakich spotkaliśmy w Iranie. „Koniecznie idźcie do łaźni, robi duże wrażenie!”, zachęcają nas żarliwie. No to idziemy. Entuzjazm jednak szybko nam się kończy, bo zamiast spodziewanego dolara za wejście, miły pan w okienku krzyczy sześć za osobę. Miny nam zrzedły, za drogo. Myślimy, że może choć jedna osoba wejdzie, ale kalkulujemy na szybko, że za sześć dolarów to mamy ryżu na kilka obiadów. Ech, ta głupia dorosłość, która zmusza do racjonalnych wyborów;).

Więc nie weszliśmy, fotografując jedynie dach łaźni (bo to darmowa atrakcja dla cebulaków). Oczywiście potem żałowaliśmy. Bo w sumie to TYLKO sześć dolarów, a wspomnienia, wiadomo – bezcenne. Ilość lajków na fejsie pod takim zdjęciem z łaźni – tym bardziej.

Dach łaźni. Co pod dachem? Pewnie nigdy się nie dowiemy.

Historyczne domy odpuszczamy. Za wstęp do każdego też sobie słono liczą, więc nasz spacer kończymy tradycyjnie – na bazarze. Teoretycznie mamy wpaść tylko na chwilę, po zapas daktyli, ale irańskie bazary wciągają jak czarna dziura. Ilość uliczek, zakrętów, wejść i wyjść jest tak duża, że bez problemu można tam spędzić i pół dnia, gubiąc się kilkakrotnie.

Muszę o tym napisać – w Iranie mają najbardziej creepy manekiny na świecie. Myślę, że niejeden mógł stanowić inspirację dla Laleczki Chucky (albo na odwrót).
Opuszczamy Kashan położony wśród ośnieżonych szczytów.

Na Isfahan!

W Iranie płasko nie jest, wspominałam o tym? Praktycznie cały czas jeździmy na wysokościach 1500 – 2300 m. n.p.m. To też jedna z głównych przyczyn, dlaczego jest tu tak cholernie zimno. Zimno, ale pięknie. Jak są góry to zawsze jest piękniej i ciekawej. Można się rozgrzać na podjeździe, za to szybki zjazd w taki mróz – nawet nie pytajcie.

Takie widoki z namiotu rekompensują nawet przemarznięte tyłki. Ładnie, co?

Bez większych przygód dojeżdżamy do Isfahanu. Śpimy u Rezy z portalu Warmshowers, który zgodził się nas przygarnąć. Jak się szybko okazało, zgodził się też przygarnąć równocześnie cztery inne osoby – w tym Sonyę i Gabriela ze Szwajcarii, z którymi spędziliśmy kilka dni w… Dushanbe! Kontakt nam się urwał, my do Iranu dostaliśmy się z Kazachstanu, oni z Turkmenistanu (szczęściarze dostali wizę), i zupełnym przypadkiem spotkaliśmy się u tego samego hosta w Isfahanie. Przeznaczenie?

Jest też z nami dwójka Niemców, których same rowery kosztują pewnie więcej niż cały nasz budżet na tę podróż. No dobra, nikomu do portfela nie zaglądam, ale jak sobie pomyślicie o jakimkolwiek najdroższym sprzęcie, jaki można mieć podczas wyprawy rowerowej, to oni go mają;). Siedzą u Rezy już kilka dni, bo…mogą, bo tak. Irańska gościnność, a także ta’arof, o którym kiedyś pisałam sprawia, że za żadne skarby gościa nie można wyprosić, zanim sam nie wpadnie na to, że chyba trochę już zawadza. Dlatego, jak tylko się zorientowaliśmy, że jest nas tu szóstka, a Reza i jego brat śpią na podłodze w salonie, tylko po to, żeby zwolnić dla nas swoje pokoje, to pomyśleliśmy, że coś tu nie gra. Bo Warmshowers jest fajny, Couchsurfing jest fajny (choć mniej), ale wszystko w jakichś granicach. Nie jesteśmy też fanami idei „podróżowania za darmo” za wszelką cenę. Zresztą nie ma czegoś takiego, jak podróżowanie za darmo – ale o tym powiedziano i napisano już chyba wszystko. Dlatego, nie chcąc sprawiać problemu, i stawiać Rezy i jego rodziny w niezręcznej sytuacji, postanowiliśmy się wycofać i poszukać jakiegoś taniego hostelu. Ostatecznie zostaliśmy, kiedy okazało się, że większą przykrość Rezie sprawimy swoim odejściem. Koledzy z Niemiec ruszyli w końcu w drogę, a my z Sonyą i Gabrielem uparliśmy się, że przejmujemy stery w kuchni.

Nie próbowaliśmy konkurować z mamą Rezy, bo przegralibyśmy w przedbiegach, ale nawet nasze najprostsze europejskie potrawy sprawiły naszym gospodarzom dużo radości. Świetne uczucie! W Iranie kolacja jest najbardziej obfitym posiłkiem, i jada się ją bardzo późno. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy pierwszego dnia kolację zjedliśmy o… pierwszej w nocy! I to było coś najbardziej naturalnego. Mój żołądek oszalał, i nie mogłam usnąć z przejedzenia.

W Isfahanie spędziliśmy dwa i pół dnia, ale udało nam się zobaczyć całkiem sporo, a przede wszystkim – to co lubimy najbardziej – czyli powłóczyć się po mieście, zgubić w labiryncie wąskich uliczek i spróbować trochę lokalnych specjałów.

Meczet Hakima, jeden z najstarszych w Isfahanie

Isfahan jest pięknym miastem – przynajmniej jego centralna część, a lista zabytków naprawdę imponująca. Zaczęliśmy od bazaru, gdzie po raz kolejnym dopadła mnie żądza rozbuchanego konsumpcjonizmu – chciałam kupić tam wszystko! Oczywiście nie kupiłam nic, ale co się napatrzyłam, to moje. Zestaw do picia herbaty, zdobione płytki, ręcznie wyszywane szale, gliniane talerze, tradycyjne irańskie buty itd. Oczywiście ceny odpowiednio zawyżone – w sam raz na kieszeń bogatego turysty, ale na naszą to już nie bardzo.

Perskie dywany. Te z Isfahanu cieszą się najlepszą sławą.

Plac Imama Homeiniego otoczony jest dwupoziomowymi arkadami handlowymi, i oprócz tego, że to wabik na turystów, jest też popularnym miejscem spotkań Irańczyków.

Na deser zostawiamy sobie Most Trzydziestu Łuków. Jak jest most, to powinna być też rzeka. Ale rzeki o tej porze roku nie ma, jest za to wyschnięte na wiór koryto, którym można się przechadzać. Co kto lubi.

Oczywiście było więcej miast na naszej drodze. O części będziemy jeszcze wspominać, o części pewnie nie. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy w czasie podróży wolę przebywać wśród natury, czy może raczej w miastach, bez wątpienia odpowiem mu, że wybieram przyrodę. Nie oznacza to, że nie jestem zwierzęciem miejskim. Lubię architekturę, lubię miasta tętniące życiem, i te małe, leniwe miasteczka, omijane przez większość turystycznych szlaków. Do miast kierujemy się też, żeby się zresetować, a im dłużej jesteśmy w podróży, tym częściej tego resetu potrzebujemy.

W planach mieliśmy też zobaczenie kilku pustynnych miast, ale z różnych względów się nie udało. To nic, mamy przynajmniej kolejny powód, żeby do Iranu wrócić.

PS. W Isfahanie pożegnaliśmy Andrzejowe buty. Przeżyły sporo, sporo widziały, ale mają nieco za dużo wywietrzników, jak na irańskie mrozy. Służyłyście dzielnie, piona!

gplus-profile-picture

Kasia Gądek

Gdybym mogła, zamieszkałabym w kinie. A że nie mogę, to mieszkam w namiocie. Też jest fajnie. A poza tym mam profil na Instagramie, choć nie lubię hashtagów.

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *