Dziennik kurdyjski Trzy dni w irańskim Kurdystanie

Sumiasty wąs. Pumpiaste spodnie, szal na wysokości pasa, skórzane kurtki, ręce skrzyżowane i to butne, twarde spojrzenie. Oho, Kurdowie. Wjechaliśmy do irańskiego Kurdystanu. Spoglądają spode łba, gdy ich mijamy na postoju taksówek, ale wystarczy się na moment zatrzymać, by za twardym uściskiem ręki przyszedł promienny uśmiech, żywe zainteresowanie i tuzin serdecznych gestów.

8.12

Wdzięczność. Ale też duży niesmak. No i konsternacja. To w głowie. A na zewnątrz zimny wiatr hula w pysk od dobrych kilku godzin. Jedziemy niemrawo z pochylonymi głowami. Nad nami szara powłoka grubych chmur. Droga prosta, nieco nudnawa, więc rozmyślamy o tym, co się właściwie wczoraj zdarzyło. Bo wczorajszy dzień wbił mi w głowę gwoździa, którego teraz próbuję wyciągnąć i poukładać sobie kilka spraw. Tak to bywa, gdy niepełny, szczątkowy zasadniczo, obraz Kurdów w mojej głowie został rozbity po zaledwie dwóch interakcjach. Dwóch. Pisała o nich Kasia w ostatnim poście o Irańczykach. Napisała bez detali, bo Kasia to twarde dziewczę, które szybko zrzuca z siebie niefajne doświadczenia. Ale mimo wszystko warto o nich napisać, bo to też część codzienności. Otóż najpierw bucowaty typ w samochodzie podjechał do Kasi, gdy wspinaliśmy się na pagórek i rzucił w nią seksistowskimi komentarzami. Ja byłem kilkadziesiąt metrów dalej i nie słyszałem, gdy zaczęła mnie wołać. Odjechał, ale, że wjeżdżaliśmy do niewielkiego miasteczka to stwierdziłem, że może jeszcze się uda gościa namierzyć. I udało, kilometr dalej stał w wozie na postoju taksówkarskimi. Zajechałem mu przód, ale gdy typ zorientował się co się dzieje, ruszył i z impetem wbił się w przednie koło. Wywaliło mi rower, ale więcej nic nie wskóraliśmy. Miny nam zrzedły. Buc.
Wieczorem tego samego dnia trafiliśmy też do Syriusa. O tym też pisała Kasia. Nasz gospodarz w dość obcesowy sposób wyprosił ją z pokoju. Po co? Nie wiem. Zaraz zaczął mnie wypytywać o koszty wozów w Polsce, zarobki, pracę. Szybko zrzedła mu mina, gdy dowiedział się jak mizerna jest płaca minimalna w kraju, który sąsiaduje z mitycznymi Niemcami. Goszczący nas Kurd dużo opowiadał o Islamie, a po solidnej półce książek teologicznych i peanach na cześć sunnickiej ortodoksji stwierdziłem, że coś tu nie gra.

Kurd o fundamentalistycznym podejściu do religii? Nie tego się spodziewałem.

Późnym wieczorem, gdy wróciliśmy z kolacji i na podłodze pojawiła się platera ze szklaneczkami czaju Syrius ponownie zaczął łamaną angielszczyzną skarżyć się na jego życiowe warunki. Pracuje jako nauczyciel, ale tylko kilka dni w tygodniu. Mimo prób, żaden z jego biznesów nie wypalił. Mieszka w marnym budyneczku, ze ścian sypie się stara farba. Jest wykształcony, ale sfrustrowany. Wyjścia z apatii zaczął szukać w religii. Znalazł kilka prostych diagnoz i recept. Wszczepiona w tożsamość Kurdów gościnność mieszała się w nim z lekką pogardą w stosunku do zepsutego Zachodu i swoich szyickich ziomków z Iranu. Czy po to nas do siebie zaprosił? By poczuć lepiej i upewnić w diagnozie podsuwanej przez islamski fundamentalizm? Nie wiem. Nigdy się nie dowiem, ale gdy późnym wieczorem kładliśmy się spać, czuliśmy i tak wobec Syriusa, i jego żony ogromną wdzięczność. Na zewnątrz ścisnął znów potężny mróz, a my w pokoiku mieliśmy gazowy piecyk i tuzin koców.

Syrius (po prawej) z najlepszym kumplem.

Jedziemy i rozmyślamy. – Przerwa – rzucam przez wiatr do Kasi. W skromnej wiosce chowamy się od paskudnie wychładzającego wiatru. Kucamy i wyciągamy zapas batonów. Nie mija minuta, gdy podjeżdża do nas Mustafa z córą. Przez okno samochodu gestykuluje żwawo – zaprasza na czaj do siebie. Odmawiamy grzecznie, bo jednak trzeba jechać. Mustafa nie ustępuje. Robimy sobie wspólne foto. Grzecznie jednak odmawiamy zaproszenia. Mija pięć minut.

Z upartym Kurdem nie wygrasz. Mustafa nawraca wozem i nie bierze zakładników. Pokazuje, że przecież chłodno, że tylko na herbatę, gestykulując przy tym z pasją wielkiej sprawy. Za moment siedzimy na grubym dywanie pół metra obok buzującego pieca gazowego i pijemy donoszony w nieskończoność czaj.

Cała rodzina siedzi z nami. My znamy trzy słowa po persku, oni żadnego po angielsku, ale dogadujemy się bez przeszkód. Po kwadransie rodzina brata wpada z wizytą. Robimy sobie milion zdjęć, śmiejemy do rozpuku i – po dobrej godzinie – grzecznie, ale nie bez twardych oporów, opuszczamy dom. Trzeba jechać. Gdy wsiadamy na rowery, bez mała piętnaście osób wychodzi na mróz tylko po to, by nas pożegnać. Kurdowie.


Wieczorem jedziemy boczną dróżką, która pagórkami przebija się przez przepastne pola. Gdzieniegdzie widać skromne osady, kilkanaście ściśniętych domostw z pikującym w niebo minaretem. Zimno. Słońce dziś nie wyszło nawet na moment. Za to wieje, zawsze mocno w pysk, więc morale – mimo kapitalnej wizyty u rodziny – słabe. Zimno nam po prostu, mimo narzucanych na siebie co moment warstw. Czasami ktoś nas minie, ale generalnie pustka. W którymś momencie z polnej drogi, niemal znikąd, pojawia się motocykl z dwoma gośćmi. Twarze zakryte czarnymi kominiarkami, czarne swetry, wojskowe kurtki. Zrównują się z nami, objeżdżają, zatrzymują, przyglądają się przez dłuższy moment. Wszystko dzieje się bez słowa. Znowu zawracają, przyglądają i – w końcu – odjeżdżają skąd przyjechali, warcząc silnikiem. Jesteśmy około 150 kilometrów od granicy z Irakiem, więc w mojej głowie zaraz roi się idiotyczna myśl, że o rany, może to dżihadyści. Wałkuje to w przemęczonej głowie, rozstrząsam, czy nam tym pustkowiu jest bezpiecznie. Jeszcze gdy skręcamy później w pole by rozbić namiot, zauważa nas kolejny zamaskowany typ na motocyklu i obserwuje przez dłuższy moment. No nie zasnę dziś. Ale zasypiam jak dziecko, bo gdy jest już mocno po zachodzie słońca, z oddalonego o dobre pięć kilometrów minaretu rozpływa się po polach przytłumiony, skrzypiący megafonem głos muezina. Jesteśmy w Kurdystanie. Gdzie, jak nie tu, powinniśmy czuć się najbezpieczniej?

Kim właściwie są Kurdowie?


To największy, obok Tamilów w Indiach, naród pozbawiony własnego państwa. Według różnych szacunków Kurdów jest dziś ok. 25-35 milionów, z czego niemal połowa zamieszkuje południową wschodnią Turcję (Kurdystan Północny – Bakur). Ponad 6 milionów żyje w Iranie (Kurdystan Wschodni – Rożhelat), 4 miliony w Iraku (Kurdsytan południowy – Baszur) oraz niemal milion w Syrii (Kurdystan Zachodni – Rożawa). Poza krótkotrwałymi epizodami Kurdowie nigdy nie doświadczyli własnej państwowości. Od niemal dwóch wieków ich starania o niepodległość spotykają się z brutalnymi reakcjami rządów w Iraku, Iranie, Turcji i Syrii. Względną autonomią cieszą się tylko Iraccy Kurdowie – proklamowany tam w 1970 roku Region Autonomiczny Kurdystanu daje czterem milionom Kurdów niemal pełną samodzielność. Kurdowie są w swej charakterystyce niezwykle zróżnicowani – w większości praktykują sunnicki islam, ale znajdują się wśród nich też jazydzi, asyryjscy chrześcijanie, szyici i arabowie. W szerszym kontekście znani są przede wszystkim ze swej waleczności – dekady spędzone w licznych ruchach oporu wykształciły dumnych i skutecznych wojowników. To właśnie Peszmerga – kurdyjskie wojsko z Iraku i Iranu – oraz PKK z Turcji stanowią dziś jedną z głównych (i zdecydowanie najbardziej skutecznych) sił uderzeniowych na dżihadystów z Państwa Islamskiego.

9.12

Zimna nocka. Rano zbieramy się niespiesznie wyczekując grzejących zmrożone morale i kończyny promieni słońca. Dookoła kapitalne widoki falujących wzgórz, z których znany jest ten region Iranu. Rdzawo żółte odłogi i zaorane po sezonie pola tworzą mozaikę, która szczelnie pokrywa horyzont. Ten dzień, choć piękny, zacznie się jednak od zawahania. Zjeżdżamy z niemal 2000 mnpm na 1300. I to jest zjazd, który wychładza nas do cna. Na dole stajemy i zaczynamy biegać dookoła rowerów, by tylko poczuć znowu stopy. Pojawia się myśl, żeby przeskoczyć fragment autobusem. Po kwadransie ciepło do nas wraca. Jest i słońce. Jedziemy dalej rowerami. W górę. I w dół. W górę i w dół. W którymś momencie chowamy się przed wiatrem na stacji benzynowej. Kurdyjski szef donosi nam herbaty, szykuje wyborny kebab, wypytuje. Na koniec nie chce przyjąć pieniędzy, ale mocno naciskamy. Przyjmuje w końcu połowę zapłaty.

Mówiłem już, że jest zimno? Wiatr ciągle wieje w pysk. Wtedy zjawia się Edris. Zajeżdża nam drogę, macha ręką i … podziwia. Nie pyta o to skąd, dokąd, a jak i dlaczego. Po prostu wyraża podziw. Że my tu, w taką zimnicę, że on jest zszokowany. W końcu bierze od nas numer telefonu i mówi, że zadzwoni do nas gdzieś za dwie godziny, jak zajedziemy do jego miasteczka. Ok. Zobaczymy. Nie dwie, a prawie cztery godziny później zajeżdżamy do Divandarreh, niewielkiego kurdyjskiego miasteczka osiadłego gdzieś w którejś z licznych tu dolin. Mamy idealny timing – Edris pisze, że gdzie jesteśmy, bo on już po nas jedzie. Nie mija pięć minut, gdy toczymy się za jego samochodem pod ostrą górę. Chwilę później siedzimy już, a jakże, między buchającym piecykiem i wlewamy w siebie litry czaju. Jest Edris, jego rodzice, młodsza siostra i starsza – Soraya. Ta ostatnia jest nauczycielką angielskiego, dzięki czemu kapitalnie się dogadujemy. Jeszcze tego wieczora Soraya opowie nam, w niemal intymnym zwierzeniu, jak bardzo opresyjne jest dla niej miejsce w którym żyje. Ale jeszcze wcześniej bierzemy prysznic, jemy, pijemy czaj i w świetnej atmosferze dajemy się nawet przebrać w tradycyjne kurdyjskie ciuchy.

Zanim się to jednak stanie, pokochamy tę rodzinę jeszcze bardziej, bo Soraya, tłumacząc swą matkę, powie do Kasi coś czego nie słyszeliśmy do tej pory w Iranie – „Respektujemy każdą religię i każdą postawę życiową, dlatego jeżeli chcesz, możesz u nas ściągnąć chustę z głowy”.

Edris. – Kurdhis people are happy people – powtarzał raz za razem, gdy dryfowaliśmy w swobodnej rozmowie w różne ważkie zagadnienia. Wbrew swojemu ojcu Edris uważa, że walka o niepodległy Kurdystan jest – irańskim Kurdom – niepotrzebna. – Lepiej budować trwałe relacje z szyickim rządem Iranu, niż wzniecać kolejne rewolucje. Nie potrzeba nam kolejnych tysięcy trupów.
Soraya w żółtej chuście, Kasia, siostra i matka.

Buraczane twarze to efekt termicznego szoku. Na zewnątrz kilka stopni poniżej zera. Za to w środku przynajmniej 25 na plusie. Dziewczyny zabierają Kasię do ich skarbnicy – gigantycznej szafy w której każda kolekcjonuje dobrych kilka tuzinów sukien. Mnie Edris zabiera do jego skromnego pokoju. Mierzymy tradycyjny kurdyjski strój – bufiaste spodnie naciągane wysoko nad pępek, koszule (najlepiej w oliwkowej zieleni) wpuszczaną w spodnie i owijaną przepastnym szalem. Na to kamizelka lub marynarka. Męski strój jest niezwykle wygodny, za to damski – też, ale jest przede wszystkim okrutnie ciężki. Razem z masą dodatków to przynajmniej sześć kilogramów. Robimy sobie małżeńską fotkę, pokładając się przy tym ze śmiechu. Oddajemy ciuchy, a następnie Soraya z Edrisem zabierają nas do swojej cioci. Wszak dziś piątek, odpowiednik naszej niedzieli, trzeba się więc spotkać z rodziną.

Dookoła buchającego piecyka siedzi tuzin osób, w tym ponad dziewięćdziesięcioletnia matrona rodu. Śmieje się głośno, widząc nasze czerwone twarze. Witamy się wylewnie ze wszystkimi. Siadamy, by po chwili gruby dywan zastawił się kapitalnymi irańskimi posiłkami (o których już za moment napisze Kasia). U boku, jak zawsze, mamy Sorayę. Jest naszym werbalnym łącznikiem z rodziną, choć i tak co rusz wymieniamy się ze wszystkimi dookoła pseudo migowym machaniem rękami. Z Sorayą czujemy też bliską więź. Gdy odchodzi od nas jej brat, Edris, pytamy ją – bardzo nieśmiało – o to, jak jej się żyje „z chustą na głowie”, bo już wcześniej zauważyliśmy jej bardzo otwartą, jak na standardy irańskiego islamu, liberalną postawę. – Jest mi ciężko, chociaż kocham ten kraj i kocham moją rodzinę. Islam bardzo ogranicza nasze życie. Sam fakt, że nie mogę wyjść po zmroku, by spotkać się z przyjaciółkami jest, jak wiele innych, zupełnie niedorzeczny. Chusta już wrosła nam w głowę, więc nawet jej nie zauważamy. Ale chciałabym wyjechać kiedyś do większego miasta, studiować, spróbować pracy za granicą. Chciałabym móc spotkać się bez restrykcji i krzywych spojrzeń z mężczyzną. Chciałabym pójść kiedyś na imprezę. Ale jestem też świadoma, że to zupełnie niemożliwe.

Soraya zawiesza drgający głos. Robi w tym miejscu, co może. Zaczęła uczęszczać do lokalnego koledżu, jest jedną z lepszych nauczycielek. Jest bardzo aktywna, ale więcej zrobić już nie może, by poszerzyć sferę swej indywidualnej wolności. Z wielkim szacunkiem, podziwem i dumą mówi o swej kuzynce – rodzinnej bohaterce – która w wieku 21 lat podjęła krok tak radykalny, jak można sobie w tym rejonie świata wyobrazić. Opuściła rodzinę, by poświęcić życie w górskiej, kobiecej partyzance kurdyjskiej YJA STAR (Wolne Jednostki Kobiece) w ramach Partii Pracujących Kurdystanu by walczyć z Państwem Islamskim. Od dwóch lat nikt nie miał z nią kontaktu, nie wiedzą nawet, czy jeszcze żyje. Ktoś z rodziny rozpoznał ją w jednym z telewizyjnych programów – to wszystko. Jest jednak bohaterką – dla rodziny, bo walczy z realnym zagrożeniem ze strony Daesh (arabska nazwa ISIS), a dla Sorayi – bo uwolniła się z tego miejsca, a zamiast chusty na głowie dzierży w rękach karabin.

Czym jest PKK?


Partia Pracujących Kurdystanu jest – według UE i USA – organizacją terrorystyczną. Od 1978 roku walczy o ustanowienie Państwa Kurdystanu przede wszystkim na terenie Turcji, choć jej jednostki znajdują się też w Iranie, Iraku i Syrii. Partyzanckie wojsko PKK jest kluczowe w walce z Daesh na terenie Syrii i w północnym Iraku. Gdy Stany Zjednoczone włączyły się w walkę z ISIS za pomocą nalotów, PKK był jedną z formacji współpracujących z amerykańskim wojskiem. Cały świat usłyszał o PKK przede wszystkim z dwóch powodów. Gdy Daesh rozpoczął masakrę Jazydów w sierpniu 2014 roku partyzantka PKK przy wsparciu lotnictwa amerykańskiego utworzyła korytarz bezpieczeństwa, którym ewakuowała prawie 50 tyś głodujących Jazydów z gór Sinjar. Drugim powodem popularności PKK są formacje złożone tylko i wyłącznie z kobiet. To tzw. Wolne Jednostki Kobiece (YJA STAR), nazywane też guerillą. W świecie kurdyjskim udział kobiet w wojsku – ale też w całości życia publicznego – nie jest niczym nowym, choć sytuacja różni się diametralnie w zależności od regionu.

10.12

Po śniadaniu, nie bez bólu, opuszczamy dom Edrisa i Sorayi. Jeszcze sam Edris odprowadza nas z miasta na wylotówkę samochodem, mimo iż droga jest oczywista. Żegnamy się wylewnie. W euforii po tak kapitalnym spotkaniu wyjeżdżamy na 2100 m n.p.m. niemal bez zadyszki. Świeci słońce, i choć wieje – w standardzie mocno w pysk – to ten pysk śmieje nam się od ucha do ucha. Tego dnia marzniemy nie mniej i nie bardziej niż zwykle, ale liczone na dwóch rękach gesty serdeczności ze strony Kurdów pchają nas mocno do przodu. Ktoś się zatrzyma i wrzuci nam do sakw torbę owoców, ktoś zaprosi na herbatę serwowaną z samochodowego samowaru, wreszcie szef stacji benzynowej przyrządzi nam kapitalną szakszukę (jajecznicę z pomidorami). Dookoła wielkie góry pogranicza irańsko – irackiego. Te najwyższe przyprószone czapami śniegu. Wszystkie skąpane w słońcu na tle szafirowego, czystego nieba. Jedziemy, wiatr – o dziwo! – wieje nam w pysk, a w głowie po tych kilku dniach słynny węzeł kurdyjski ani kapkę nawet się nie przybliżył do rozwiązania. Wręcz przeciwnie. Sam nie wiem, dlaczego oczekiwałem, że zrozumiem coś więcej.

Zdjęcie bonus. Jeżeli można w jakiś sposób zobrazować spojrzenie szyickich włodarzy Iranu na resztę świata (a przede wszystkim na swoich sąsiadów na Bliskim Wschodzie), to wyglądłoby to właśnie tak.

Przygotowując wpis korzystałem z:
– książki Witolda Repetowicza „Nazywam się Kurdystan”, styczeń 2016.
– książki Pawła Smoleńskiego „Zielone Migdały, czyli po co światu Kurdowie”, luty 2016.
– publikacji „Turcja i Węzeł Kurdyjski. Przewartościowania w cieniu kryzysu na Bliskim Wschodzie” autorstwa Krzysztofa Strachoty [dostępna online https://www.osw.waw.pl/sites/default/files/pw_30_pl.pdf]

gplus-profile-picture

Andrzej Brandt

Pasjonat żelek z Lidla i czipsów o smaku zielonej cebulki. Na Instagramie wrzuca codziennie jedną fotę z podróży.

Tags:

2 komentarze

  • Po spotkaniach z Kurdami w Turcji, Iranie i Iraku zakochałem się w tym narodzie, cieszy mnie więc, że wybraliście się do irańskiego Kurdystanu, tym bardziej, że niewielu turystów tam trafia, a za sprawą jego mieszkańców to perełka Iranu.

    Szkoda, że do Turcji nie pojechaliście przez Irak, a dokładnie przez autonomię kurdyjską, bo to region całkowicie bezpieczny, otwarty na gości z zagranicy (miesięczna wiza na wjeździe za darmo), a co najważniejsze, przepiękny! Wspaniałe góry, przełomy, miasto jak Amedi umiejscowione jak w Śródziemiu, czy Rawanduz pomiędzy dwoma kanionami. Polecam, szczególnie wiosną, gdy góry są pokryte zielenią.

    Aha, zdjęcia wspaniałe!

    • gplus-profile-picture

      Dzięki Robert za obszerny komentarz!
      Do Kurdystanu – to pewne – będziemy jeszcze wracać. Na topowym miejscu jest ten iracki – jego piękno opiewają wszyscy, którzy stamtąd wracają. My odpuściliśmy, no bo jednak zima w dużych górach na rowerze to jest coś, na co nie specjalnie byliśmy wtedy przygotowani. Ale na pewno się tam pojawimy! Wiosna, mówisz? Spróbujemy 😉
      Pozdrawiamy!

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *