Dwadzieścia szklanek çayu dziennie – od Antalyi przez Izmir do Stambułu

Zimna nocka. Kolejna z rzędu, ale w Turcji jest na to prosty sposób. Szybkie śniadanie, zawinięcie zwilgotniałego namiotu i szybki zjazd do najbliższej miejscowości. Trochę kręcenia się w kółko, błąkania po bocznych uliczkach, by w końcu zdecydować. W lokalnej çayhanie zazwyczaj przesiaduje już sporo osób. Usadawiamy się prędko za okrągłymi stolikami i po kilkunastu sekundach mamy już herbatę przed sobą. Gorącą, aromatyczną i mocną. Zawsze w tulipanowych szklaneczkach, z podstawką i zawsze z dwoma kostkami cukru. Tak zaczynamy dzień.

Od jednej, dwóch, czasami pięciu herbat. Ten zbawienny ciepły napitek pijemy litrami już od dawna. Każde spotkanie w Azji Centralnej opływało czajem. W Iranie herbata nie potrzebowała nawet pretekstu spotkania. Ale to bodaj w Turcji piliśmy jej najwięcej. Ten wpis będzie oblany czajem, więc dobrze Wam radzę – zaparzcie sobie herbaty. I przeczytajcie.

***

Sylwester pod bronią

Gdy wyjeżdżaliśmy z Antalyi, o której wcześniej pisała Kasia, świeciło słońce i pomimo dosyć przenikliwego chłodu, czuliśmy się wakacyjnie. Droga płynnie prowadziła wzdłuż malowniczego wybrzeża, z rozpędu cisnęliśmy pod kolejne podjazdy i jechało się tak, że mimo ognia w płucach, czuło się to przyjemne flow. Czysta radocha. Następnego dnia skręciliśmy w siatkę równoległych alejek potężnych sadów pomarańczowych. Zajumaliśmy dobre dwa kilogramy owoców do sakw.

Zaraz potem wypadł Sylwester. Przejeżdżając przez niewielkie miasteczko, oprócz długaśnej przerwy na czaj, kupiliśmy też jakiegoś najtańszego winiacza. Taki był plan na tę noc – pomarańcze i czerwone wino. Rozbiliśmy namiot z widokiem na długą dolinę pokrytą zdziczałymi sadami drzewa oliwnego. Gdzieś w dole beczało stado owiec, ale uznaliśmy, że no przecież nikt tu się nie będzie fatygował. Po godzinie mieliśmy już tuzin owiec dookoła i jednego opiekuna stada. Starszy pan był uposażony w pokaźną dwururkę. Trochę się zdziwił, że przecież zimno, i co my tu teraz. Sympatycznie sobie pogadaliśmy, po czym uzbrojony Turek wszedł na skałę nieopodal i zaczął, przez dobre dwie, może nawet trzy godziny, rozglądać się po dolinie. Lustrował jednolitą, szarawą zieleń z wielką pieczołowitością, po czym – zupełnie nagle – zwiesił strzelbę, chwycił mocno i oddał w powietrze dwa strzały. Podskoczyliśmy niemalże, bo huk obił się o ściany doliny z wielką siłą. Opiekun stada jeszcze przez kwadrans lustrował okolicę, po czym zaoordynował tuż przed zmrokiem powrót stada do domostw. Dopiero kilka dni później dowiedzieliśmy się, że chodzi o wilki, które w tych rejonach dosyć chętnie posilają się owcami i kozami.

A o północy wyszliśmy na krótką chwilę przed namiot, choć ni cholery nie mieliśmy ku temu ani sił, ani woli. Zimno było. Fajerwerków nikt nie odpalał, więc po prostu wyszliśmy popatrzeć w czerń nocy i w kilka jarzących się światełek w dolinie. Przytuliliśmy się mocno i choć nic nie mówiliśmy, to chyba myśleliśmy o tym samym – ależ to był rok. 2016 w całości spędzony w podróży. Rok temu o tej porze staliśmy na wzniesieniu z widokiem na Ocean Spokojny i pogrążone w imprezie australijskie Byron Bay.

Nawet nie wyobrażaliśmy sobie, gdzie ten rok nas zabierze, co przeżyjemy i jak to na nas wpłynie. Sentymentalną podróż i nowy, 2017, uczciliśmy łykiem wina i – a jakże inaczej – czajem.

Wzdłuż wybrzeża – historia obrazkowa

Pierwszy dzień stycznia. Kapitalna, wolna od samochodów droga i czyste niebo

 

Ależ te granie w tle kusiły! Zaledwie kilkanaście kilometrów od nas, ale jednak zbyt daleko – jedynie wąski pas przy wybrzeżu nadawał się do jazdy. Dalej była ostra zima
Tak wyobrażam sobie idealny punkt widokowy – wygodny fotel i cudna panorama. W dole Kaş, jedna z tych uroczych, obleganych przez turystów miejscowości położona tuż nad wybrzeżem Morza Śródziemnego. Trzeba przyznać, że ma swój wyjątkowy klimat

A jak spojrzeć w głąb lądu, to aż ciarki z zimna przechodzą
Uciekamy przed ulewą wąską niteczką asfaltu – południowe wybrzeże Turcji oferuje od groma takich dróg

 

Tego dawno nie było! Podróżnicy rowerowi! Para z Ukrainy jedzie z Izmiru do Antalyi i … ewidentnie mają dość. Mówią, że im dalej na północ, tym więcej pada, czasami jest śnieg i generalnie zimno i brzydko

 

O tym, że Ukraińcy mają rację przekonamy się następnego dnia, ale póki co świeci słońce, jedziemy uroczą drogą, morska bryza rozbija się o wybrzeże a w powietrzu zapach leśnego igliwia

 

No i pijemy czaj, tam gdzie tylko się da, nieustannie

 

Dobra passa pogodowa trwała dłużej niż zwykle, więc jak już lunęło, to też bardziej niż zwykle

 

Lało bez przerwy kilka dni. A kiedy nie lało, to wcześniej rozbijaliśmy się z betami i próbowaliśmy to wszystko suszyć

 

Efez, czyli wielka historia

Pijemy czaj. Na zewnątrz dwa stopnie na plusie. I jesteśmy mokrzy. Szybko decydujemy się, by wykorzystać bliskość Selcuku, skromnego turystycznego miasteczka będącego bazą wypadową do ruin starożytnego Efezu. Bunkrujemy się w hoteliku i już następnego dnia idziemy zwiedzać ruiny. Bo żeby być w okolicy i nie zobaczyć Efezu, to trochę jak wjechać do Krakowa i nigdy nie przejść przez Rynek Główny (da się tak w ogóle?). Efez robi wrażenie – to najlepiej zachowane miasto starożytne w Azji Mniejszej. Ma, uwaga, trzy tysiące lat! Zostało założone w X wieku przed naszą erą i choć koleje losu nie obchodziły się z tym miejscem łaskawie, to na wschodnim wybrzeżu Morza Jońskiego próżno szukać czegoś o tej skali.

Cały Efez to dziś mozaika ściętych kolumn, fragmentów murów, pękniętych pomników i tuzinów nazw z historii starożytności: agory, atria, krepidomy, diazomaty, orchestry. Okazy najdawniejsze mieszają się z tymi, które powstały za czasów klasycznych, rzymskich, później chrześcijańskich. Wszystkie obiekty są doskonale opisane, opatrzone grafikami i obszernymi objaśnieniami – i z takim nastawieniem trzeba tu przyjść. Żeby wyobrazić sobie tętniące życiem świątynie, przedstawienia na agorach czy zebrania civitas trzeba to dosyć dobrze poznać.

Ikona Efezu – Biblioteka Celsusa, powstała w II w.n.e

 

A jeżeli ktoś stroni od wielkich pomników historii, to powodem do wizyty Efezu mogą być na przykład koty.

W popularnym obiegu jest co najmniej kilka teorii skąd taka mnogość kotów w tym miejscu – bo według szacunków jest ich ponad setka, a wszystkie są wyżywione i zdrowe. Między innymi przywołuje się Kleopatrę i jej dar dla Efezu w postaci czworonogów. Według mnie historia jest prosta – koty mają w całej Turcji i w większości krajów muzułmańskich zapewnioną opiekę. Sami widzieliśmy wiele razy, jak w meczetach otwierało się na noc drzwi szykując posłania w kartonach dla psów i kotów. W samym Efezie kociaki są ciągle dokarmiane, więc źle im nie jest.

W Efezie piliśmy herbatę. W hoteliku stał samowar, więc można był nieustannie donosić czaju do pokoju. Desperacko próbowaliśmy zalać się ciepłym na zaś, bo wszystko wskazywało, że idzie zła pogoda. I że będzie zimno.

Izmir i zmrożona anatolia

Śniegiem sypnęło już dwa dni po wyjeździe z Selcuku,  czego efektem było przymusowe kiblowanie w Izmirze. Trzecie największe miasto Turcji zasnuło się burą powłoką – lał deszcz, czasami deszcz ze śniegiem i nic, oprócz jedzenia, nie było nas w stanie wygonić z pokoiku hotelowego. Gdzieś czasami wędrowaliśmy przez alejki pobliskiego bazaru, ale siadł nam na głowę generalny klimat miasta i tego co się dzieje w Turcji, a co wszyscy znamy z telewizji. Trzy dni przed naszym przyjazdem do Izmiru w centrum miasta wybuchła bomba, kolejna w ostatnich miesiącach. Kierowcy, okazjonalni rozmówcy przy czaju, czy po prostu przypadkowo spotkane osoby polecały jedno – nie jedźcie do Izmiru, omińcie Stambuł, jak najdalej od dużych miast. Ten sam ton, ta sama powaga, obawa i niepewność, którą słyszymy w zasadzie od przekroczenia granicy irańsko – tureckiej.

Nie sposób było ominąć Izmiru, więc wjechaliśmy. Nie, nie było tak, że z ręką na sercu przechodziliśmy przez większe zgromadzenia, czy baliśmy się każdej osoby z plecakiem. Ale to czuć, to wisi w powietrzu, gdy na przykład wchodzi się na centralny plac miasta położony nad zatoką i obserwuje, co robią Turcy. Ktoś czasem robi selfie czy też przygląda się zabytkowej wieży zegarowej, ale jest w tym pośpiech, stres i klimat nieufności. Nawet szef naszego hotelu – rezolutny starszy Pan – z wielką subtelnością próbował ostrzegać, żeby raczej się nie szwendać.

 

Postać Ataturka w ramce, obok telewizor a w nim – niemal nieustannie, dumny spadkobierca ojca-założyciela państwowości tureckiej prezydent Recep Tayyip Erdogan. Nie było dnia, żeby podczas naszego pobytu w Turcji nagłówki telewizji informacyjnych nie świeciły się na czerwono

 

Dwa dni w Izmirze – dwa dni śniegu. A to oznaczało, że poza miastem i dalej od wybrzeża będzie jeszcze gorzej.

Śnieg, wilgoć, dodatnia temperatura i bagniste podłoże – dobrą godzinę szukaliśmy miejsca pod namiot, tak by podłoga nie zrobiła się do rana basenem

 

Jakby jednak źle nie było, Anatolia to piękny region. Dla rowerzystów – w ciepłym sezonie rzecz jasna – niezmierzone poletko do eksploracji

 

W niecały tydzień jazdy, której naturalnym rytmem były długie postoje na czaj, dobiliśmy do południowego wybrzeża Morza Marmara. Sponiewierało nas zimno i paskudna pogoda, czasami mroźna, czasami lekko na plusie, ale zawsze bardzo wilgotna. Potrzebowaliśmy przegrupować siły, więc jazda autostradami dookoła morza do Stambułu nie wchodziła w grę. Wsiedliśmy na prom i kilka godzin później byliśmy już po zachodniej stronie Bosforu.

Trasa Antalya – Izmir – Bandirma

gplus-profile-picture

Andrzej Brandt

Pasjonat żelek z Lidla i czipsów o smaku zielonej cebulki. Na Instagramie wrzuca codziennie jedną fotę z podróży.

7 komentarze

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *