Azja Centralna na talerzu prawie jak w domu

Pomyślicie, że zwariowaliśmy. Że po miesiącach objadania się pad thaiami, sushi, świetnym chińskim żarciem i tofu w sosie chilli, z dzikim entuzjazmem reagujemy na zwykłe ziemniaki. Koperek. Ziemniaki z koperkiem. Bo Azja Centralna to w dużym stopniu smaki, które znamy z własnego podwórka. I tego nam było trzeba!

A zaczęło się nieciekawie. Wjeżdżamy do Kirgistanu gotowi na kulinarną eksplorację kraju, i szybko się rozczarowujemy. Bo po pierwsze – na drodze do Osh, poza jednym miasteczkiem, nie ma żadnych knajp. A jak są, to zamknięte na głucho. W sklepach tylko okropna kiełbasa (ale naprawdę okropna, przysięgam) albo cukierki (też niedobre). Pewnie, tragedii nie ma – jedzenie, choć jest ważnym elementem naszej podróży, to przecież nie jest jej składnikiem kluczowym. Więc nie dramatyzowaliśmy, kiedy kolejny raz gotowaliśmy sobie wieczorem ryż z vegetą. W zasadzie tylko w Osh i w Kazarman (na drodze do Son Kul) mogliśmy popróbować co nieco z kuchni kirgijskiej.

W Tadżykistanie było trochę lepiej – dokładnie dwadzieścia cztery dni spędziliśmy w Duszanbe, więc gdzie szukać dobrego jedzenia, jak nie w stolicy? Oczywiście, w Tadżykistanie to zawsze jest loteria – zaszkodzi, czy nie zaszkodzi? Żołądek się zbuntuje, czy nie?

Uzbekistan wygrywa w naszym plebiscycie na najlepszą kuchnię Azji Centralnej. Na drodze do Buchary co trzydzieści-pięćdziesiąt kilometrów czajchana, jedzenie zawsze świeże, chleb chrupiący, a lepioszki prosto z pieca. Zero problemów żołądkowych, wszystko pyszne i podane na czystych naczyniach (co wcale nie jest takie oczywiste).

Kazachstan to dla nas pięćset kilometrów jazdy przez step. Tutaj też dobrze to rozegrali – podobnie jak w Uzbekistanie, choć od miasta dzieliło nas kilkaset kilometrów, to z głodu ciężko umrzeć – co kilkadziesiąt kilometrów można się zatrzymać na filiżankę czaju i coś do zjedzenia. Do szczęścia nie trzeba wiele więcej.

Do stanów za chlebem

No dobra, ale co właściwie się je w te Azji Centralnej? W skrócie można powiedzieć, że chleb i baraninę, ale byłoby to krzywdzące uproszczenie. Więc po kolei. Na Zachodzie białe pieczywo nie ma teraz dobrej prasy. Niezdrowe, tuczące i coś tam jeszcze. Tutaj za to ma fundamentalne znaczenie – okrągłe lepioszki (te ze zdjęcia na górze strony), albo bardziej klasyczne kwadratowe bochenki. Jak pierwszy raz od kilku miesięcy zjadłam świeży chleb z serem żółtym i pomidorem, to myślałam, że odlecę!

Plow, czyli ryż z baraniną, żółtą marchewką, czasami jajkiem, rodzynkami i świeżymi warzywami. Najpopularniejsze danie w Stanach Azji Środkowej, choć najlepszy plow (albo pilaw) jedliśmy w chińskim Kashgarze. Bo cały sekret plowu tkwi w tym, żeby był cały czas podgrzewany na wielkim piecu. Niestety w knajpach najczęściej wrzuca się go do mikrofalówki przed podaniem, przez co mięso staje się suche, a ryż twardy.

img_5788

Manty – mój przysmak. Nazwijmy je roboczo dużymi pierogami wypełnionymi mięsem i cebulą. Ubolewam nad tym, że nikt nie wpadł na pomysł poeksperymentowania z nadzieniem – nie ukrywam, że dobrze by było spróbować czegoś bezmięsnego.

img_7399

Pozostajemy w pierogowym raju. Pielmieni, czyli po naszemu uszka. W zupie zabielanej śmietaną, czasami w czystym rosole.

img_5786

Samsy, najlepsze oczywiście od razu z pieca, tak gorące, że trudno je chwycić w dłonie. Samsy królowały w Uzbekistanie – tam były bezapelacyjnie najlepsze! No i wreszcie doczekałam się większej fantazji w doborze farszu – te z nadzieniem z dyni były obłędne!

img_0229

Siła szaszłyków tkwi w ich prostocie: tylko mięcho i surowa cebula na zagryzkę. I w większości przypadków to mięso było naprawdę dobre – czasami mielone, czasami po prostu kawałki baraniny albo kurczaka, ale zawsze kusząco pachnące grillem i dymem.

img_5750

Kurtop to ponoć narodowa potrawa Tadżyków. To warzywa i chleb (stanowiący bazę) rozmiękczony w jogurtowym sosie. Dobre, orzeźwiające i, co najważniejsze, bez mięsa!

img_0263

A na koniec chyba moje ulubione danie, czyli lagman – z makaronem, mięsem i warzywami. Często z ziemniakami. Podawany jako zupa, choć nie zawsze. Nic tak dobrze nie rozgrzewało podczas naszej przeprawy przez kazachski step, jak miska parującego lagmanu i świeży chleb. Bajka!

img_2187

img_5757

Poza tym faszerowane papryki, kasza gryczana z sosem, twarogi, domowe śmietany, hektolitry herbaty, arbuzy, melony, granaty, i najlepsze jabłka na świecie. Jest z czego wybierać, choć porównując do kuchni południowoazjatyckiej, oferta kulinarna jest raczej skromna.

img_9479

img_5798

img_0115

img_5755

img_0243

Pani kochana, a ten chlebek bez glutenu, to macie?

Czy są na sali osoby, którzy wedle panującego trendu nie jedzą glutenu? Bo fe, bo zabija i całe zło sprowadza na świat? No to cóż, Azja Centralna nie będzie dla Was rajem. I teraz – uwaga – nastąpi coming out. Otóż Andrzej jest w tym elitarnym gronie osób ze zdiagnozowaną celiakią – czyli nietolerancją glutenu. Nie jadł go zanim zrobiło się to modne, ha! W pewnym sensie można powiedzieć, że jest trendsetterem w tej dziedzinie. Wiadomo, w domu to nie jest problem – dosłownie wszędzie można kupić produkty gluten-free (a ja przynajmniej nie muszę chować moich ulubionych – glutenowych, a jakże – ciastek). W podróży też zbytniego dyskomfortu z tego powodu nie odczuwaliśmy, bo wszędzie ryż, nudle ryżowe itd. Schody zaczęły się, kiedy oferta kulinarna w knajpach skurczyła się wyłącznie do mant i sams. Ale prawdziwym wyzwaniem zawsze były zaproszenia od lokalesów. I jak tu teraz wytłumaczyć, że tej lepioszki to ja nie mogę, bo zawiera, wie pan, toksyczne dla mnie białko, które prowadzi do zaniku kosmków jelitowych. A przecież chleb to w Azji Centralnej coś więcej niż tylko pokarm. Chlebem się dzielimy, chlebem wysyłamy sygnał: witaj w moim domu. Chleb to czasami wszystko, czym można gościa poczęstować.

Więc kombinowaliśmy. Albo Andrzej udawał, że je, a jak gospodarze nie patrzyli, to podsuwał mi pod stołem swój kawałek. Albo tłumaczył się problemami żołądkowymi, jadł samo masło i popijał herbatą.

img_9065

W momencie, w którym piszę te słowa jesteśmy jeszcze w kazachskim Aktau, ale za kilka dni znajdziemy się w Iranie. Już teraz zacieram ręce na myśl o wspaniałościach, które tam zjemy!

gplus-profile-picture

Kasia Gądek

Gdybym mogła, zamieszkałabym w kinie. A że nie mogę, to mieszkam w namiocie. Też jest fajnie. A poza tym mam profil na Instagramie, choć nie lubię hashtagów.

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *