Australia na talerzu

O czym się myśli, kiedy na drodze nie dzieje się nic, krajobraz się nie zmienia, a najbliższy zakręt jest za pięćdziesiąt kilometrów? Ano o wielu sprawach. Myśli się o ludziach, o książce, którą się właśnie przeczytało, o tym, czy Leo dostanie wreszcie Oscara. O rzeczach ważnych i totalnych głupotach. Ja zdążyłam nawet zaplanować podróże na najbliższą dekadę (tak, wiem, mieliśmy się ustatkować), ale przyznać muszę, że moje myśli najczęściej krążyły wokół… jedzenia! Bo wyobraźcie sobie, że jest 40 stopni, do najbliższego postoju dobrych kilka godzin jazdy, do sklepu kilkaset kilometrów, i nagle pojawia się w głowie wspomnienie soczystych mango, którymi się zajadaliśmy pół miesiąca wcześniej. I krąży ta myśl jak natrętna mucha. Albo lodów o smaku słonego karmelu z naszego ulubionego supermarketu. No nie pozbędziesz się tej myśli, nie ma szans.

IMG_4832-2

To nie jest blog kulinarny, a ja nie będę udawać ekspertki w tej kwestii. Gotować nie umiem zbyt dobrze (choć się staram), za to umiem i lubię dobrze zjeść.

Krokodyla daj mi, luby

Ciężko powiedzieć, gdzie zaczyna, a gdzie kończy się typowa kuchnia australijska. Przenikają się tu wpływy angielskich kolonizatorów, imigrantów z Południowej Azji, krajów arabskich, a nawet z rejonów basenu Morza Śródziemnego. Czyli jest tu wszystko. Australijczycy do perfekcji opanowali zdolność czerpania z innych tradycji kulinarnych i adaptowania ich do własnych potrzeb. Są jednak potrawy unikatowe, których raczej nie jada się nigdzie indziej. Mieliśmy okazję skosztować mięsa kangura (które jest tu tak powszechne, jak w Polsce sucha krakowska). W smaku nie różni się zbytnio od wołowego steku. Za to jest najtańszym mięsem w Australii. Kangury, choć są symbolem kontynentu (i dumnie widnieją wespół z Emu na godle) oraz wabikami na turystów, w Oz są nierzadko uznawane za szkodniki i za zezwoleniem rządu regularnie odstrzeliwane. Jest ich po prostu za dużo.
Jedliśmy też szaszłyki z krokodyla. To taka kulinarna ciekawostka, na co dzień raczej nikt się tym nie zajada.

IMG_2465-2

IMG_4996-2

IMG_4734-2

IMG_4879-2

Dobre, bo tanie

W Australii jest drogo, wspominaliśmy już o tym? Wspominaliśmy, setki razy. Dlatego, żeby nie pójść z torbami po kilku tygodniach, gotowaliśmy sobie sami. Ale mieliśmy umowę, że raz na czas (głównie w dużych miastach) pozwalamy sobie na uleganie pokusom, i wtedy jedliśmy wszystko, na co mieliśmy ochotę. No dobra, oczywiście w granicach rozsądku, cena dania nie mogła przekraczać 15 dolarów. Z ratunkiem przyszła kuchnia azjatycka. W Sydney była to kuchnia tajska, w małej knajpce w centrum biznesowej dzielnicy, gdzie w porze lunchu nie można było wcisnąć palca. Dlatego my chodziliśmy kilka godzin później, kiedy wrzawa ulicy trochę ucichła. W Brisbane Danusia poczęstowała nas sushi i od tamtej pory stało się naszą ulubioną przekąską. Nigdy wcześniej nie jedliśmy tak dobrego jak w Australii. Z krewetkami, tuńczykiem, łososiem, awokado. Bajka.

IMG_2774-2

IMG_2771-2

IMG_6912-2

IMG_6913-2

Outback burgerem stoi

Ostatni miesiąc upłynął nam pod znakiem roadhouse’ów – zajazdów przy autostradzie. Zatrzymywaliśmy się tam co 100-200 kilometrów, żeby coś zjeść, napić się zimnej Coli, wziąć prysznic albo rozbić namiot na polu campingowym. Jeżeli myśleliście, że w Australii w porze największych upałów jada się lekkie posiłki, to jesteście w błędzie. My też byliśmy. Otóż w outbacku jada się mięso, dużo mięsa. Głównie wołowiny, choć nie brakuje też wieprzowiny i drobiu. Smażone kotlety, grillowane steki, szaszłyki, kiełbaski, skwierczący bekon. Wegetarianie mieliby tam ciężko, tym bardziej, że poza sezonem menu kurczyło się wyłącznie do burgerów z frytkami. Burgerów w wersji „with a lot”, czyli z kotletem wołowym, bekonem, serem, sałatą, cebulą, marynowanymi buraczkami, tartą marchewką, a nawet ananasem. Śniadanie w wersji light? Jogurt, muesli, owoce? Zapomnijcie. Tosty z masłem, jajka, parówki, plastry bekonu. Kilka tysięcy kalorii jak nic. My nie narzekaliśmy, bo mogliśmy pochłonąć każdą ilość jedzenia:)

IMG_5758-2-2

IMG_5618-2

IMG_5851-2

IMG_6108-2

IMG_6135-2

IMG_5621-2

IMG_5968-2

IMG_5939-2

IMG_5944-2

IMG_5923-2

IMG_6098-2

Oda do makaronu z pesto

Ponad 80% posiłków sami sobie przyrządziliśmy, a – co tu dużo mówić – jesteśmy w tej materii strasznie leniwi. Powinniśmy się teraz pokłonić w pas sieci marketów Coles, dzięki której mogliśmy się najadać za całkiem przyzwoite pieniądze. Przez trzy miesiące naszą flagową potrawą był makaron z pesto. Nie brzmi to zbyt australijsko, przyznajcie sami. Ale jest tanie i do przygotowania w piętnaście minut. Jedliśmy je praktycznie codziennie wprowadzając niewielkie modyfikacje – pesto z bazylii na zmianę z pesto z papryki, makaron ryżowy na zmianę z kukurydzianym. I tak w kółko. Kiedy jeszcze mieliśmy pieniądze to urozmaicaliśmy sobie danie suszonymi pomidorami i tartym serem. Potem, kiedy kupka z gotówką drastycznie zmalała, zmuszeni byliśmy zrezygnować z takiego luksusu. Zielony słoiczek i czerwony słoiczek. Dwa dolary. Dwa obiady. Dwie osoby. I ciągle nam smakowało!

IMG_5796-2

IMG_3802-2

IMG_1982-2

IMG_1976-2

IMG_5931-2

gplus-profile-picture

Kasia Gądek

Gdybym mogła, zamieszkałabym w kinie. A że nie mogę, to mieszkam w namiocie. Też jest fajnie. A poza tym mam profil na Instagramie, choć nie lubię hashtagów.

2 komentarze

  • This translated quite well into English!
    It was beautifully written and photographed.
    We trust you enjoyed your travels through Australia; experiencing beautiful scenery and harsh landscapes, seeing the hot dry inland and the cooler green forests, enjoying fun times and meeting interesting people, eating lots of pasta but also other more wonderful food – and, yes, Asian is a common option except inland where often only the ubiquitous (old style Australian-) Chinese restaurant exists as it has since the Chinese came out for goldruhes.
    Good luck for the rest of your trip. And for the longer future – the ‚settle down’ option can also include adventures, just of a different kind.
    Best wishes
    Kerri-Ann and Michael

  • Ach, makaron z pesto, to jest to! W zeszłym roku pilotowaliśmy grupę rowerową po Norwegii, a najpierw trzeba by pojechać na rekonesans na tydzień. Jakie są ceny w Norwegii, wiadomo. Pesto nawet leciało z nami z Polski, bo zajmowało mało miejsca i smakowało spoko 🙂

Zostaw swój komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *